Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-

Cd pani ASI

Miłość wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma
Miłość nigdy nie ustaje.”


Rodzinę pani Asi poznałam rok temu. Stało się tak, że zamieszkałam dokładnie naprzeciwko Ich bloku.
Niewielu znam ludzi, którzy tak potrafią kochać! Aż miło na Nich patrzeć, bo choć czasem złoszczą się na siebie, to nie mogą bez siebie żyć. A jak tu się nie złościć, kiedy jest się sparaliżowanym od szyi w dół!? Tak, pani Asia jadąc ze szpitala po I kursie chemioterapii (nowotwór piersi), uległa wypadkowi. Dzięki rehabilitacji prowadzonej od roku jest lepiej. Nasza chora wciąż jednak jest uzależniona od pomocy innych osób i to w tak prostych czynnościach jak np. podrapanie się za uchem, czesanie, jedzenie itp.

Jesteśmy nieszczęśliwi, bo czegoś nam brakuje, ale posiadając to, nie jesteśmy szczęśliwi.” Wolter

Czy kiedyś się zastanawialiście, jakimi jesteście szczęściarzami? Macie ręce i nogi
i możecie zrobić z nich użytek. A do tego macie ok. 50 lat, czyli całkiem jeszcze młodzi, lecz...
Czy to nie jest powód, aby się załamać? Ano jest. Jakby jeszcze tego było mało, okazało się, że pan Krzysio, mąż chorej, ma nawrót choroby nowotworowej!
Ten najlepszy pielęgniarz, który przewijał, karmił, kąpał itd. teraz sam potrzebuje pomocy!

Wolontariusze hospicjum wraz z ich rodziną, muszą stanąć na wysokości zadania i nie pozwolić, aby któremukolwiek z naszych podopiecznych przyszło do głowy rozstać się z życiem, z tego np. powodu, że nie ma się kto nimi zająć. To naprawdę straszne czuć się ciężarem dla swojej rodziny!
Pan Krzyś jadąc na chemię do Warszawy napisał do nas list z prośbą, żebyśmy nie zapominały o Asi i odwiedzały Ją częściej. On natomiast zrobi wszystko, aby jak najszybciej wrócić do zdrowia.


... Miłość wszystko przetrzyma...

Nie jest łatwo. Możecie być pewni, ale jak to się u nas mówi: „Nikt nie obiecał, że będzie łatwo.”

Tak było 3 lata temu. A jak teraz żyje nasza Rodzinka?
Kolejne chemie nie przyniosły spodziewanego efektu. Guz nadal rośnie. Dr Maria mówi, że gdyby nie ta chemia jednak, nowotwór zabiłby pana Krzysia w ciągu kilku tygodni.
Chory nie ma już sił, ale nadal opiekuje się żoną. Również jest pod opieką hospicjum.
Na szczęście to już 2 lata mijają, jak razem z Moniką i panią Jadzią kąpiemy naszą podopieczną. Jest to duża pomoc dla członków Rodziny. Przez ten czas wypracowałyśmy sobie sposób sprawnego kąpania. Śmiejemy się, że Monika (ta druga, nie ja) zawsze się umie ustawić, bo przy okazji wymoczy sobie nogi! (wchodzi do wanny i będąc po kalana w wodzie, myje chorą). Tylko czasem nasza podopieczna się złości jak nie mogę znaleźć odpowiedniego szamponu, lub pani Jadzia po raz kolejny nie może wcelować wózkiem w drzwi...
I tak sobie życie płynęło do...

9.07.2011 (sobota) zostało wezwane pogotowie do pana Krzysia.

10.07.2011 (niedziela) wezwane ponownie pogotowie zabiera chorego do szpitala. Zapalenie opon mózgowych. Stan bardzo ciężki. Chory utrzymywany w śpiączce farmakologicznej.

11.07.2011 do szpitala przywozimy panią Asię. Nieporadnymi rękami głaszcze męża, mówi do Niego czule i ...płacze. Syn zabiera wszystkie rzeczy Ojca ze szpitala, bo nic się nie da zrobić! Nie chce więcej nocować w szpitalu przy łóżku.
Stojąc bezradnie przy chorym, przypomina mi się, że był w tym domu nasz, jeszcze nie tak dawno kleryk, teraz ksiądz Wojtek. Piszę sms z prośbą o modlitwę. Dzięki Boże za tę myśl!  Od tego czasu ksiądz Wojtek jest tam codziennie. Ma taki niezwykły dar bycia z chorymi i „chopla” na punkcie karetek na sygnale! Jak sam mówi, dużo się nauczył odbywając w naszym hospicjum praktyki. Wspiera nas i Rodzinę, rozwesela kawałami i swoim sposobem bycia. Mamy z nim wesoło, kiedy poprawia koloratkę i idzie coś załatwić z pielęgniarkami dla naszego chorego.

12.07.2011 pojawiła się odleżyna na pięcie. Zorganizowaliśmy materac przeciwodleżynowy.
Chory podczas kolejnych dni jest powoli wybudzany ze śpiączki, zaczyna powoli jeść.

25.07.2011 zostaje przeprowadzona punkcja. Nie ma zapalenia opon ale choroba nowotworowa robi spustoszenie. Chory przyzwyczaił się do leków, które już praktycznie nie działają. Jest potrzeba bycia przy łóżku 24 godz. na dobę, bo nasz podopieczny jest bardzo niespokojny, wyrywa sobie cewnik i kolejne wenflony. I tu pojawia się problem, który jest widoczny na samym początku: córka nie daje rady, syn ma ważniejsze sprawy. W opiekę włączyły się tak naprawdę tylko dwie siostry pani Asi.
Niech komentarzem do całej sytuacji będą słowa Jezusa wypowiedziane w drodze na Golgotę:

„Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmiŁk. 23, 28-29

Na noc pozostaje znajomy Rodziny, pan Tomasz. Kiedy przychodzimy we wtorek przed wieczorem, okazuje się, że wenflon dziś rano został wyrwany a kolejny założono w ...szyję. Trzy osoby przy łóżku i każda ma co robić. Tego wkłucia pilnujemy jak najcenniejszego skarbu, musi zostać jak najdłużej! Chory kreci się. Chce wyjść. Prawdopodobnie cały czas myśli o chorej żonie, bo co jakiś czas pyta o Nią. Na noc przychodzi znów pan Tomasz, jednak jest pełen obaw widząc miejsce wkłucia. Próbuje dodzwonić się do syna, jednak ten nie odbiera telefonu. Zostaje z Nim ksiądz Wojtek.

26.07.2011 Monika jedzie po południu do szpitala. Pan Krzyś zostawiony sam na chwilę, wyrwał sobie wenflon. Dziś na noc mają zostać nasze nowe wolontariuszki, dziewczyny, które są ratownikami medycznymi. Monika ma zostać z Nimi trochę.

Kolejna noc pełna obaw. Co nam przyniesie? Miej nas Panie w swojej opiece!

27.07.2011 Nasze dziewczyny zostają do południa, bo nie ma kto ich zmienić.

29.07.2011 Pan Krzysztof zostaje wypisany ze szpitala i wraca do domu. Następuje przejęcie chorego przez nasze hospicjum. Doktor Iza zapoznaje się ze wszystkimi szczegółami. Na chorego czeka już specjalistyczne łóżko wypożyczone od nas. Ksiądz Marek puka do sąsiadów, aby zaprosić ich do opieki. Spowiedź, Msza Św., Sakrament Namaszczenia Chorych. Wszyscy bardzo przejęci! Pani Asia szczęśliwa, bo mąż choć z pomocą, ale siedzi obok na łóżku.

   Ustalamy grafik opieki w domu razem z rodziną. Chcemy zrobić tak po hospicyjnemu tzn. żeby było na zasadzie wolontariatu. Brakuje ludzi, bo trzeba ustalić dyżury na 24 godz. w tym na noc po 2 osoby. Na razie nie wiemy jak zadziałają leki, jak się będzie czuł nasz podopieczny. Wszyscy się trochę boją.
Najpiękniejsze są chwile, kiedy to nasz chory sam ledwo żywy, martwi się o swoją żonę: „Kochanie, nie martw się. Do niedzieli muszę się wykurować i sam będę się Tobą opiekował”!

30.07.2011 Wpadamy na chwilę z księdzem Wojtkiem. Pan Krzyś siedzi na łóżku w pokoju żony. Jest dobrze. Wszyscy zadowoleni, bo wrócił apetyt, cewnik został odłączony. Chory przy pomocy balkonika powoli porusza się po mieszkaniu.
Czas na zmianę dyżurującego. Czekamy na syna...

    Ludzie się powoli wykruszyli. Rodzina też się odsunęła. W miarę możliwości ja, lub ktoś z hospicjum nocujemy tam, w pozostałe noce ktoś z bliskich. Ciężko!
I tak upywają kolejne dni. Pan Krzyś ma tak ogromną wolę życia, że praktycznie całe dnie ćwiczy żeby dojść do formy a formy jak nie było, tak nie ma! Kolana poździerane, guz coraz większy do tego przyplątała się cukrzyca, więc rana na pięcie też się kiepsko goi. Biedny pan Krzyś! Coś się też popsuło między naszym małżeństwem. Mało przebywają razem w pokoju i złoszczą na siebie o byle co.

Tłumaczymy spokojnie, że muszą pozałatwiać swoje sprawy, bo dostali jeszcze jedną szansę, ale ten czas bardzo szybko ucieka. Wiecie, jak to jednak jest, zawsze ma się nadzieję, lub chce się ją mieć mimo wszystko. Ile jeszcze czsu nam pozostało Panie Boże?
Pan Krzyś jedzie do Warszawy do swojego lekarza prowadzącego, i co? Nie dostanie już żadnej chemii, nie ma już nadziei. Coraz częściej daje się słyszeć głosy o oddaniu Go do ośrodka w Zwoleniu. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie! Gdybyśmy mieli hospicjum stacjonarne!

Aby nie czuli się osamotnieni, przychodzę na każdą prośbę telefoniczną. Co prawda, nie sprawia mi przyjemności patrzenie na rany, ale dziękuję Opatrzności Bożej, że mieszkam tak blisko i że moje przeszkolenie hospicyjne się przydaje. Co drugi dzień przychodzę na zmianę opatrunku na pięcie i na pośladku. Staram się Ich podtrzymać na duchu, tzn. razem się podtrzymujemy, bo z moim zdrowiem też się dzieją różne “chece”. I oby do wiosny!


Cdn
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk 

Czytaj dalej...

Łukasz

A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego , Maria, żona Kleofasa i Maria Magdalena.
J 19, 25-26



Panią Marysię poznaję w bardzo trudnym momencie Jej życia, kiedy stoi przy łóżku swojego umierającego syna. Powyższy cytat z Pisma Św. został zaczerpnięty nie tylko ze względu na zbieżność imion.
Pierwsze spotkanie z Łukaszem było dla mnie dość przerażające. Jak to zwykle bywa, nachyliłam się nad łóżkiem chorego, mówiąc: „ Cześć! Mam na imię Monika” i pocałowałam Go w policzek. „Całusobiorca” zareagował gwałtownymi ruchami i chrapliwym oddechem, jakby chciał coś powiedzieć. Myślałam, że nagle Mu się pogorszyło! Teraz przyszło mi do głowy, że to On pierwszy się mnie przestraszył. Ale już na poważnie.
Ten młody, 25-letni chłopak walczył z bardzo złośliwym nowotworem mózgu- glejakiem. Mimo przebytej operacji i radioterapii guz szybko się rozrastał. Łukasz cały czas leżał, prawa część ciała była sparaliżowana, więc też nie mógł mówić, a wszystko rozumiał. Domownicy musieli po prostu odgadywać Jego pragnienia. Na skutek przyjmowanych leków masa Jego ciała bardzo się zwiększyła, doszło do uszkodzenia skóry. Takie spustoszenie choroba zrobiła w ciągu kilku miesięcy. Praktycznie już wtedy nic nie jadł i pił bardzo mało. Składniki potrzebne do życia dostawał przez kroplówki podawane tak często jak się tylko dało przez nasze lekarki i pielęgniarki.
Pani Marysia była przy synu cały czas, noc- dzień, dzień- noc. Obserwowała to, co robiliśmy, aby później samodzielnie, lub z mężem podawać choremu. Naprawdę, oboje przeszli szybki kurs pielęgniarstwa. No i muszę powiedzieć, że na „szóstkę”!  
Nigdy się nie skarżyła, nie płakała. Cicha, spokojna. Wiem, że dużo się modliła. Kiedy mówiła o synu, uśmiechała się, niestety z czasem te uśmiechy były coraz smutniejsze. Tylko raz uroniła przy nas łzy (my zresztą też nie mogliśmy ich powstrzymać), kiedy opowiadała, jak to Łukasz po powrocie ze szpitala podszedł do okna. Spojrzał wtedy na kwitnące, wiosenne drzewa i ...  rozpłakał się.
Wierzyła do końca, że będzie dobrze. Bóg chciał inaczej.
Czemu musiał odejść tak młody człowiek? Nie pytajcie, nie wiem.
Wiem tylko, że razem z księdzem Robertem ze swojej parafii, snuli plany wyjazdu w góry
i do Ziemi Świętej, odnaleźć ślady Boga. Snując te plany jeszcze pewnie nie wiedzieli, że Łukaszowi przyjdzie kroczyć tą najtrudniejszą drogą, żeby te ślady zobaczyć, drogą cierpienia.
Przez kilka ostatnich dni nasz chory był nieprzytomny, choć reagował na wszelkie bodźce z zewnątrz, dręczony atakami padaczki. Odszedł spokojnie, w środku dnia, przy naszych wolontariuszach. A przy Nim stała Matka Jego.
Łukasz, nie udało nam się pogadać. Mam jednak nadzieję, że kiedyś nadrobimy zaległości! Do zobaczenia w niebie, może być nawet „na dywaniku” u Szefa.



Z poważaniem
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Czytaj dalej...

Pan Stefan i pani Marysia

W moim maleńkim domku tyle ciepła jest ...” tak brzmią słowa jednej z piosenek, które przychodzą mi na myśl, kiedy myślami wracam do tej posługi.

 

Pan Stefan i pani Marysia, dwoje kochających się ludzi, którzy 33 lata temu przysięgali sobie: „...w zdrowiu i w chorobie (...), aż do końca życia.”

 
 
Hospicjum było w tym domu przez 9 miesięcy, ostatnich miesięcy. Była to jedna z najtrudniejszych posług.
Czytaj dalej...

List do Boga

Ty, Panie tyle czasu masz mieszkanie w chmurach i błękicie.
A ja na głowie mnóstwo spraw i na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz, Bo patrzysz na nas z lotu ptaka.
To powiedz, czemu tak mi jest, Że czasem tylko siąść i płakać!
( „Zamiast” E. Geppert)
 
Czytaj dalej...

Miłość nigdy nie ustaje

„Miłość wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma
Miłość nigdy nie ustaje.”

Rodzinę pani Asi poznałam rok temu. Stało się tak, że zamieszkałam dokładnie naprzeciwko Ich bloku. Niewielu znam ludzi, którzy tak potrafią kochać! Aż miło na Nich patrzeć, bo choć czasem złoszczą się na siebie, to nie mogą bez siebie żyć. A jak tu się nie złościć, kiedy jest się sparaliżowanym od pasa w dół!?

 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS

Na youtube