• Kolejna sobota         Umawiam się z doktor Marią na sobotę, ponieważ będzie u naszych chorych dzieci, u których już dawno nie byłam. Jeszcze do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy brać ten dyżur,…
  • Pan Tadeusz " Oto jest dzień, który dał nam Pan..."         Na ten właśnie dzień czekaliśmy rok, tzn. od roku czasu snuliśmy plany, jak to zrobić? Choć i tak decyzja ostateczna należy…
  • Cd pani ASI Miłość wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzymaMiłość nigdy nie ustaje.” Rodzinę pani Asi poznałam rok temu. Stało się tak, że zamieszkałam dokładnie naprzeciwko Ich bloku.Niewielu znam ludzi, którzy…
  • Marzenie  "Minuta po minucie czyńcie wszystko dla miłości i stawajcie się świętymi"  Marzenia. Każdy z nas je ma. Jedne ogromne, inne całkiem malutkie. Chciałabym Wam opowiedzieć o kolejnym spełnionym hospicyjnym marzeniu.…
  • Miłość jest wszędzie wokół, Nie trzeba wcale Daleko szukać Miłości, by Umieścić Ją w sercu. Mówią: Miłość nie mieszka w twym sercu jak w domu, Miłość jest miłością Gdy oddasz…

bl_MatkaTeresa

Jestem świadoma, że jesteśmy maleńką kroplą w wielkim oceanie nędzy i cierpienia, ale jeżeli nie byłoby tej kropli, to ludzkie cierpienie i nędza byłyby jeszcze większe...

Bł. Matka Teresa z Kalkuty

img_7351.jpg
Posługa wolontariusza niemedycznego PDF Drukuj Email
Posługa wolontariusza niemedycznego przy chorych terminalnie.

w oparciu o doświadczenia zebrane w Hospicjum Wrzesinskim im.Św. Wincentego
Pallottiego oraz w oparciu o wzór W. Pallottiego i

Edyty Stein -św.Teresy Benedykty od Krzyża/

 

Chciałabym poruszyć krótko kilka zagadnień związanych z tym tematem, a mianowicie:

1. Kto to jest wolontariusz niemedyczny i kto może nim być?
2. Jakie są oczekiwania wobec wolontariusza hospicyjnego?
3. Postawa posługującego.
4. Do czego zobowiązuje mnie posługa umierającym?
5. Od kogo możemy czerpać wzór służby?
6. Stanowisko Kościoła wobec apostolstwa świeckich.

Tajemnica śmierci i cierpienia człowieka, wymaga od osób otaczających go, postawy zatrzymania się i pochylenia. Z tego wynikają różne potrzeby, oczekiwania i pragnienia, które próbuje zaspokoić rodzina i zespół opieki hospicyjnej. Wolontariusz to osoba , która z własnej woli,bezinteresownie, zgłasza gotowość podjęcia służby na rzecz potrzebujących, a w przypadku hospicjum to włączenie się do wspólnoty posługujących nieuleczalnie chorym na raka.

Choroba nieuleczalna może trwać dłużej lub krócej, termin wyznacza sam Bóg, który bardzo często nagle zaskakuje nas, przypominając, że w każdej chwili mamy być przygotowani na spotkanie z Nim.

Pragnący czynić dobro - to generalnie jedyne kryterium, które cechować powinno osobę chcącą zostać wolontariuszem. Wynikają z tego dalej różne zobowiązania lecz każdy dojrzały człowiek, niezależnie od pochodzenia, zawodu, wykształcenia czy pozycji społecznej, może zadać sobie pytanie: dla kogo jesteś? ; żyjesz dla kogoś, czy tylko dla siebie? To pytanie „dla kogo jesteś* jest pytaniem o powołanie i czy to lekarz, ślusarz , czy to gospodyni domowa, nauczycielka, ksiądz, czy zakonnik , każdy może -jeśli chce- powiedzieć: przychodzę, bo woła cierpiący człowiek...

Bardzo pilnie potrzebny jest w dzisiejszym świecie człowiekowi człowiek, a szczególnie miłość i ofiarna obecność przy chorym u progu wieczności. Tylko bezinteresowność prowadzi do prawdziwej przyjaźni, a ta do miłości. Podejmując tę służbę wolontariusz uwrażliwia całe społeczeństwo na godność każdej osoby i na jej różnorodne oczekiwania. Decyzja pomocy nie może jednak zrodzić się tylko z motywów emocjonalnych, nudy, czy chęci dowartościowania własnej osoby . Jest człowiek w potrzebie i jest moja na to odpowiedź.

Tak powstają hospicja, wspólnoty ludzi, którzy wczuwają się w sytuację drugiego i otwierają swoje serca. Wielka to okazja, aby przy tym zobaczyć też siebie, swoje życie, prawdziwe motywacje, swoje myślenie o własnej śmierci. Co można ofiarować nieuleczalnie choremu? Przede wszystkim swoją obecność, współczucie i towarzyszenie na tym etapie życia , aż do śmierci. W tym samym okresie bardzo można być pomocnym rodzinie chorego, która podobnie, jak sam chory, przeżywa okres niedowierzania co do nieuchronności bliskiej śmierci, okres buntu, a potem już pogodzeni, pragną w tym ostatnim okresie zrobić dla siebie wszystko, co możliwe. Chory potrzebuje nie tylko pomocy ludzkiej, ale przede wszystkim Bożej pomocy. Na drodze do wieczności potrzeba więc kapłana i sakramentów. Dobrze jeśli w zespole hospicyjnym posługującym jest też kapelan. Nie zdarza, się to często, więc pozostali w zespole hospicyjnym, czy to lekarz, pielęgniarka, czy wolontariusz niemedyczny, winni porozumieć się z dostępnym innym kapłanem . Czasami są z tym kłopoty, ale chodzi przecież o najważniejsze: zbawienie człowieka, więc żaden problem nie powinien pozbawić chorego tego najważniejszego w tym okresie, zaopatrzenia na życie wieczne. Posługa wolontariusza niemedycznego - często wbrew pozorom - jest szczególna i wymagająca wielkiego zaangażowania. Przychodzi w życiu chorego taki czas, gdy potrzeby cielesne stają się minimalne, a najbliższa rodzina, udręczona sytuacją, miota się między codziennymi obowiązkami wobec innych swoich członków, a czuwaniem przy chorym.

Ból fizyczny często udaje się wyciszyć, ale człowiek nie czuje tylko „ciałem", żyje się przecież uczuciami, pragnieniami swojego wnętrza, potrzebą akceptacji, zatrzymania się przy nim, nawiązania więzi i komunikacji z otoczeniem. Oczekuje miłości, wzajemności i zrozumienia. Kto może odpowiedzieć na te potrzeby? Każdy wczuwający się i zdecydowany współuczestniczyć w losie drugiego, zbliżającego się do innego etapu życia wieczności, gdzie czeka Bóg .

 

Ten los i nam jest kiedyś przeznaczony. To doświadczenie nikogo nie minie. Tak więc wolontariusz niemedyczny może okazać się w tym ostatnim czasie bardzo pomocny. Musi do posługi stale się przygotowywać. Tak , jak każdy człowiek jest inny, tak i jego życie i sytuacja związana z odchodzeniem jest inna. I pouczająca. Pamiętam panią Janinę, która przed chorobą była osobą bardzo aktywną intelektualnie, pisała, malowała obrazy.

Bardzo lubiła rozmawiać o rodzinie i doświadczeniu Boga w swoim życiu. Słuchałam jej, modliłyśmy się razem, pomagałam w korespondencji, a przy pomocy całej wspólnoty pomogliśmy dokończyć jej ostatni scenariusz i wystawić - w jej obecności- sztukę na 100-lecie śmierci św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Później., gdy choroba postępowała, chciała, aby tylko być przy niej i nic nie robić. Wzruszała mnie , gdy pragnąc się odwdzięczyć śpiewała mi piosenka. „Tylko bądź", mówiła. Była świadoma i przygotowana, ale mocno trzymała się życia. Pani Janina dużo mnie nauczyła.

Inna chora, Wanda, lubiła przeżywać swoje życie wg przepisów w poradnikach i bardzo się starała, aby sprostać różnym zaleceniom. Zaskoczyła mnie , gdy przed ostatnim pożegnaniem zdumiona powtarzała; „ to nie tak, to wcale nie tak jest". Chorzy uczą mnie wrażliwości na swoje doznania, bezradność, ale przede wszystkim cierpliwości i pokory. Zawsze, choć w różny sposób próbują „chwycić za rękę", aby pójść z nimi naprzód, jak daleko się da. To bardzo zobowiązuje, a przecież czuję się tylko nieudacznikiem, sługą nieużytecznym. Dlaczego więc to robię? Dobre pytanie. W zasadzie odpowiedz jest prosta, poszłam , bo prosił o pomoc bardzo chory, samotny człowiek, a potrzebie opieki nie mogła sprostać instytucja.

Zastałam samotnie mieszkającą, unieruchomioną w łóżku, z trudem mówiącą osobę i zawstydziłam się, że tak mało ode mnie oczekuje. Z pozoru nic nie mając , radośnie zasygnalizowała mi w Kim pokłada nadzieję, a pragnęła, tylko pozostać do końca w swoim łóżku i mieszkaniu. Wydało mi się wtedy , że człowiek tak niewiele potrzebuje zrobić dla drugiego, aby odmienić jego, ale i swoje własne życie. Od tego dnia, a to już 9 lat temu, próbujemy we Wrześni organizować posługę chorym terminalnie w zespołach opieki domowej w Hospicjum im. św. Wincentego Pallottiego, pociągnięci jego przykładem życia i zawołaniem „Caritas Christii urge nos": Miłość Chrystusa przynagla nas...

Próba jest prawdziwa, do bólu, ale że człowiek nie może być sam, więc zgłaszają się stale nowi kandydaci na wolontariuszy, a że najczęściej z zawodów niemedycznych, więc może dlatego temat jest mi bliski. Co ryzykuję towarzysząc umierającemu człowiekowi? Przede wszystkim to, że sama muszę stanąć w prawdzie , bez maski, z moimi słabościami, niemocą i odpowiedzieć sobie na pytanie czy naprawdę chcę służyć, czy tęsknię za czymś dla siebie? Pytań jest więcej i jakby muszę je sobie zadać: czy w moim życiu obecny jest Bóg?i jaki to ma wpływ na życie moje i innych? Co myślę o własnej śmierci i o życiu pozagrobowym? Czy jestem gotowa przyjąć, że sama nic nie mogę? Nie sposób udawać, że nie zadaję sobie tych pytań A jeśli Bóg ma wpływ na moje życie, to nie mogę tego ukrywać, szczególnie przy człowieku, który przechodzi do wieczności.. N

Nawet przez milczenie nie ukryje się wewnętrznej pustki, którą próbuje wypełnić się działaniem, aktywnością. Nie ukryję co mam w sercu. Chory zdemaskuje mnie, bo to on prowadzi i jest już otwarty na inną rzeczywisto.
Świat jak zawsze, z jednej strony wyrzuca Chrystusa,z drugiej tak bardzo na Niego czeka. Potrzeba jednak ludzi, którzy by Go wzięli i zanieśli do drugich, szczególnie do chorych, samotnych, do zagubionych w sobie. Nie można służyć człowiekowi, nie służąc Bogu; tak jak nie można służyć Bogu nie służąc człowiekowi, nawet jeśli tego nie jesteśmy do końca świadomi.

Jak mówi Edyta Stein, czyli św. Teresa Benedykta Od Krzyża : „Jeśli Bóg jest w nas i jeśli jest Miłością, to nie możemy inaczej, jak tylko kochać braci. Dlatego nasza miłość bliźniego jest miarą naszej miłości Boga." Każdy z nas -jeśli chce usłyszeć wołanie— może odpowiedzieć. A oczekiwania , od chorego i jego rodziny są różne. Każdy człowiek jest przecież inny. Inaczej przeżywa strach, ból, zmiany zachodzące w wyglądzie ciała, trybie życia i niepokój o bliskich. Każdy ma swoje przekonania, wiarę, uczucia, przywiązanie, czy swojego boga. Towarzyszący to szanuje i nie narzuca własnych przekonań,ale pozostając sobą, liczy się z odrzuceniem. Mając jednak zgodę chorego, towarzyszy , trwa i pomaga odkryć sens przeżywanego cierpienia. To zobowiązuje do wyrabiania u siebie stałej gotowości, oddania służbie. Do budzenia u siebie i u rodziny chorego świadomości „bycia przy „ i „bycia „dla".Tu ważną jest moja postawa, zrodzona w sercu, postawa świadka Zmartwychwstałego Chrystusa. Naszą postawą przyczyniamy się do rozwoju człowieka odchodzącego.

 

Wolontariuszowi hospicyjnemu muszą być znane sposoby komunikowania się z chorym, werbalne i niewerbalne. Najważniejsze jest słuchanie, bo to znaczy, że jesteśmy głęboko zainteresowani drugim człowiekiem i tym co ma on do powiedzenia. Słuchamy aktywnie, oczy na wysokości oczu. Jesteśmy cierpliwi. Nie osądzamy, aby chory mógł być sobą. Nie przerywamy choremu w nieodpowiednim momencie. Nie unikamy tematów trudnych, wysłuchujemy , choć nie znamy rozwiązania. Gdy trzeba milczymy. Naszą empatię może wyrazić dotyk i spojrzenie, które często bywa ważnym komunikatorem. Za zgodą zwracamy się po imieniu; pani Basiu, panie Piotrze. Jak boli patrzeć i słuchać nieraz odezwań personelu oddziałowego do bezradnych, unieruchomionych chorych.... Okazywanie szacunku i poszanowania godności chorego ma bardzo duże znaczenie dla cierpiącego i świadczy o naszej postawie i przygotowaniu. W czym można jeszcze pomóc umierającemu? Można pomóc mu prosić bliskich o wybaczenie i pojednanie; pomóc w rezygnacji i uwolnieniu z ziemskich przywiązań, a przede wszystkim można mu pomóc prosić Boga o wybaczenie grzechów. Już po śmierci możemy ofiarować zmarłemu modlitwę, Mszę Święte, post. Osoby, które były nam bliskie w czasie życia na ziemi, kochamy nadal, i tym bardziej rodzi się w nas pragnienie, aby ulżyć ich cierpieniom, jeśli przechodzą jeszcze bolesny proces oczyszczenia w Czyśćcu. Naszej przyjaźni i wsparcia potrzebują też członkowie rodziny osieroconej.

 

W Hospicjum Wrzesińskim, dla tej posługi powołano odrębną wspólnotę dla potrzeb osieroconych nie tylko przez naszych podopiecznych oraz dla pamięci ich zmarłych. Hospicjum ma swoją misję, tak więc przed podjęciem służby, każdy wolontariusz powinien zapoznać się z nią, by móc się z nią identyfikować; musi też odbyć przeszkolenie , wejść do wspólnoty przyjmując regulamin wolontariusza, po czym dopiero może zostać posłany do chorego. Szkoleniom służą różne kursy opieki hospicyjnej, konferencje, jest mnóstwo literatury specjalistycznej - stąd nie omawiam już szczegółowo pewnych kwestii - ale przygotowanie musi dotyczyć również życia wewnętrznego i duchowego. I to już przeważnie zależy od inicjatywy i chęci poszczególnych osób. Najlepiej, gdyby formacja wspólnoty miała charakter stały, ale jeśli możliwa jest tylko comiesięczna wspólna Eucharystia, to pozostaje inicjatywa indywidualna.

 

Obecnie jest wiele możliwości rozwoju osobistego oraz pogłębiania duchowości chrześcijańskiej. Jest okazja , by odkryć, że na modlitwie Bóg daje światło, siłę i łaskę, których potrzebujemy, by dokonać tego, czego On od nas oczekuje. Posługując, szybko odkrywamy, że sami z siebie jesteśmy niczym i że Bóg działa w nas i poprzez nas. Praca nad sobą to praca twórcza, która kosztuje - ale właśnie dlatego przynosi olbrzymią radość.

 

 

Często sobie czytam ku pamięci takie zdanie św. Maksymiliana Kolbe : „Owocność pracy nie zależy od zdolności, zabiegów, pieniędzy, chociaż i to są dary Boże pożyteczne i dla katolickiej akcji, ale tylko i jedynie od stopnia łączności z Bogiem". Idea wolontariatu hospicyjnego jest zakorzeniona w przesłaniu ewangelicznym o miłosiernym Samarytaninie, który zauważył, przystanął, opatrzył i zaopiekował się . Zwrócić trzeba uwagę, że Samarytanin nie wykonał zadania sam. Miał niewidocznego pomocnika, którego poprosił o zabezpieczenie całościowej opieki, a sam zrobił co mógł.

 

Od kogo dziś możemy czerpać wzór służby drugiemu człowiekowi, a przez niego naszemu Stwórcy? Jest ich wielu i to jest wielkie bogactwo , z którego możemy czerpać. Bo człowiek nie lubi i nie może być sam . Każdy tęskni za drugim człowiekiem ,wzajemną życzliwością i nie lubi pozostawać „bez domu". W tym pragnieniu zakorzenione jest głęboko, pragnienie bycia w domu Ojca /Łk 15/, pragnienie Jego ojcowskiej miłości.

 


Dobrze to odczytała Edyta Stein, niemiecka Żydówka , urodzona w 1891 r. we Wrocławiu, która choć przez wiele lat życia szukała prawdy w naukowym rozumowaniu, olśniona wreszcie ujrzała, że we wszystkim chodzi o miłość, gdyż na końcu będziemy rozliczani z miłości. Po wybuchu I wojny światowej czuła się przynaglana do „współcierpienia z cierpiącymi"i czekała na wezwanie do służby sanitarnej. Podjęła obowiązki wolontariuszki w szpitalu zakaźnym, dla rannych z frontu karpackiego, w Hranicach na Morawach. Szpital wojenny okazał się twardą szkołą życia. U Żydów występuje brak perspektywy życia wiecznego. Nieśmiertelna dusza osoby ludzkiej nie stanowi przedmiotu wiary. Cały ich wysiłek skupia się na doczesności. Gdy więc zginął na froncie przyjaciel Edyty Adolf Reinach, a jego żona poprosiła ją o uporządkowanie spuścizny naukowej męża, Edyta bała się spotkania z ciężko doświadczoną wdową, gdyż nie wierząc w życie pozagrobowe, nie zainicjowała niczego , co by jej mogła powiedzieć na pocieszenie. Tymczasem pani Reinach powitała ją pełna pokoju, a nawet pogody. Taka postawa była dla Edyty Stein niezaprzeczalnym dowodem prawdziwości religii chrześcijańskiej, czerpiącej moc z krzyża Chrystusowego i spowodowała w niej przełom duchowy.

W roku 1922 przyjmuje chrzest, po latach wstępuje do Karmelu w Kolonii, przyjmując imię Teresy Benedykty od Krzyża. Hitlerowskie prześladowania Żydów doprowadziły ją w 1942 roku do komory gazowej w Oświęcimiu. Wśród jej rzeczy osobistych , które pozostawiła w klasztornej celi, odnaleziono m.in. akt ofiarowania życia za nawrócenie Żydów. Czuła się narzędziem w rękach Pana i to nam przekazuje, że naszymi siłami dysponuje Bóg, a nie my sami. Edyta Stein przypomina światu, że wcielenie Boga dokonało się po to, aby On i dusza stali się jednością we wzajemnym oddaniu się sobie. Dodaje nam też odwagi, byśmy spojrzeli w oczy własnej śmierci. Ona zaakceptowała swoją, bez względu na to — kiedy, gdzie i w jaki sposób się dokona. Każdy człowiek musi nieść swój krzyż. Lecz nie każdy potrafi wytłumaczyć go sobie tak, jak uczyniła to Edyta Stein; jako „powołanie do krzyża".

W swoim najważniejszym dziele „Wiedza Krzyża", poszukiwanie  prawdy łączy zdoświadczeniem życiowym, które często przyjmuje formę cierpienia. Ta filozofia świadectwa dowodzi, że Edyta Stein posługę myślenia włączyła w konkretną posługę człowiekowi.

Wśród wielu pozostawionych nam dzieł, znajduje się pozycja „O zagadnieniu wczucia"gdzie Edyta analizuje sytuacje, w których faktycznie można mówić o poznaniu czegoś z cudzego życia psychicznego.

Doświadczenie wczucia to - Czucie w - kimś innym, np, jego radości, jego cierpienia. Przez wczucie wzbogacamy nasze czucie i „my" czujemy już inną np. radość, niż każdy z nas z osobna. Przez wczucie staje się możliwe czucie się jednym i wzbogacenie własnego przeżywania. Wzajemnie dajemy sobie świadectwo przeżywania daru życia.

Jan Paweł II kanonizował s. Teresę Benedyktę od Krzyża 11 października 1998r., a rok później ogłosił ją patronką Europy.

Jak wcześniej wspominałam, naszą wspólnotę hospicyjną zafascynował charyzmat założyciela Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego, św. Wincentego Pallottiego, lir. w 1795 r. kapłana, nazywanego Apostołem Rzymu. Jego świętość polegała na osobistym oddaniu i spalaniu się w codziennej służbie Bogu i ludziom. Ukazał wielką rolę świeckich w Kościele, zawartą w stwierdzeniu: „Każdy katolik apostołem".Apostolstwo pojęte jako działanie podejmowane dla zbawienia innych ma polegać na ożywianiu wiary, rozpalaniu miłości wśród katolików, i pełnieniu czynów miłosierdzia. Przez działanie , a jednoczesne trwanie przed Bogiem, apostoł nie oddala się od Chrystusa, lecz trwa w Nim przez wiarę i miłość i dzięki temu jego działanie jest owocne. Pallotti był człowiekiem wielkiego czynu. Zakładał sierocińce, szkoły, towarzystwa, placówki misyjne na całym świecie, zajmował się duszpasterstwem więźniów, bezdomnych, opiekował się sierotami i opuszczonymi biedakami. Szczególnie kochał chorych, dopomagał w odbyciu dobrej spowiedzi, wspierał umierających w ostatniej godzinie i przeprowadzał ich do wieczności. Chorych, którzy wspierali apostolskie dzieło, przez modlitwę i cierpienie, zaliczał do najbardziej wartościowych i najważniejszych uczestników „Apostolstwa Katolickiego".

Wincenty Pallotti prowadził rekolekcje dla seminarzystów, kapłanów, był bardzo poszukiwanym spowiednikiem i ojcem duchowym, posługiwał również papieżowi. Nie sposób w skrócie wymienić wszystkich jego dzieł, dokonywanych z nieustającą modlitwą i umartwieniami. Wincenty gorąco kochał Boga i obraz Boży -człowieka. Całe jego życie kapłańskie było wyniszczaniem samego siebie dla dobra człowieka. Bywało, że całe noce spędzał na słuchaniu spowiedzi. Ubolewał, że tyle ludzi żyje bez Boga, bez pomocy sakramentów i tak wiele osób znajduje się w niebezpieczeństwie wiecznego potępienia. Mówił: „spieszmy się na ratunek duszom. One są obrazem Boga". Był człowiekiem głębokiej pokory. Gdy pewnego razu ujrzał ubogiego, zmarzniętego człowieka, wyszedł z konfesjonału i dał mu swój płaszcz. Nabawił się po tym zapalenia płuc i wkrótce zmarł. Wincenty Pallottii za przykładem św. Pawła chciał się stać wszystkim dla wszystkich, aby wszystkich pozyskać dla Chrystusa.

Kochał też bardzo i powierzał wszystkie swoje sprawy Maryi Królowej Apostołów. Jako pionier apostolstwa świeckich i zwiastun Akcji Katolickiej, był człowiekiem mało rozumianym w swoich czasach. Dopiero po stu latach został doceniony i kanonizowany, a Soborowy Dekret o Apostolstwie Świeckich jest potwierdzeniem i przeniesieniem w nasze czasy myśli Świętego. W nowoczesnym społeczeństwie, które często neguje wartości transcendentne i nie szuka niczego innego jak tylko wygody i przyjemności, niezwykle trudno jest żyć w łasce i okazywać miłość drugim.

Wincenty Pallotti zachęca nas abyśmy stali się prawdziwie "solą dla ziemi i światłem świata" / por. Mt 5, 13-14 /. Uważał, że we wszystkich ochrzczonych należy zatem budzić powołanie apostolskie i umacniać poczucie odpowiedzialności za zbawienie bliźnich, a także zachęcać ich do włączenia się w życie i działalność apostolską.

Stanowisko Kościoła wobec apostolstwa świeckich określone zostało przez Sobór Watykański II, a szczegółowo w Dekrecie o Apostolstwie Świeckich. Apostolstwo jako prawo i obowiązek każdego chrześcijanina, udzielone mu przez chrzest i bierzmowanie, podejmują świeccy, pragnący włączyć się w zbawczą misję Chrystusa, poprzez używanie charyzmatów otrzymanych od Ducha Świętego i rozwijanych w jedności z braćmi i dla ich dobra.

To posłannictwo Kościoła w świecie wypełniają świeccy przede wszystkim przez zgodność życia z wiarą, przez miłość braterską oraz słowem, gdyż wielu ludzi może usłyszeć Ewangelię i poznać Chrystusa jedynie za pośrednictwem bliskich im osób świeckich.

 

 

Aby dodać komentarz należy się zalogować.
W tej momencie nie masz uprawnień do wystawienia komentarza.

Alternative flash content

To view this Flash you need Javascript on your browser and updated version of flash player.

Get Adobe Flash player

facebook

Licznik od dnia 02.11.2011

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj390
mod_vvisit_counterWczoraj723
mod_vvisit_counterW tym tygodniu1809
mod_vvisit_counterW poprzednim tygodniu5934
mod_vvisit_counterW tym miesiącu5493
mod_vvisit_counterW poprzednim miesiącu18885
mod_vvisit_counterRazem60124
Copyright © link do domeny     Joomla Templates
Sponsor serwisu - home.pl - domeny, hosting, sklepy