• Kolejna sobota         Umawiam się z doktor Marią na sobotę, ponieważ będzie u naszych chorych dzieci, u których już dawno nie byłam. Jeszcze do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy brać ten dyżur, bo biorąc go, musiałam odłożyć wiele innych spraw na później. No trudno, ludzie ważniejsi.      5:20 pobudka i pedzę do…
  • Pan Tadeusz " Oto jest dzień, który dał nam Pan..."         Na ten właśnie dzień czekaliśmy rok, tzn. od roku czasu snuliśmy plany, jak to zrobić? Choć i tak decyzja ostateczna należy zawsze do Szefa, to musimy być przygotowani na każdą ewentualność.…
  • Cd pani ASI Miłość wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzymaMiłość nigdy nie ustaje.” Rodzinę pani Asi poznałam rok temu. Stało się tak, że zamieszkałam dokładnie naprzeciwko Ich bloku.Niewielu znam ludzi, którzy tak potrafią kochać! Aż miło na Nich patrzeć, bo choć czasem złoszczą się na siebie, to nie mogą bez siebie…
  • Marzenie  "Minuta po minucie czyńcie wszystko dla miłości i stawajcie się świętymi"  Marzenia. Każdy z nas je ma. Jedne ogromne, inne całkiem malutkie. Chciałabym Wam opowiedzieć o kolejnym spełnionym hospicyjnym marzeniu.…

Ludzie hospicjum przychodzą zewsząd i znikąd...

z cudzego zapomnienia, z niepamięci własnych przeżyć,

z pogmatwanego świata.

Krętymi ścieżkami czyjegoś cierpienia

niosą płomyk nadziei, iskierkę radości, blask czuwania...

Ludzie hospicjum miewają chwile zwątpienia

bezmiar ludzkiego bólu przytłacza, smutek pożegnań rani

skłania do ucieczki w nicość...

A potem nastają powroty. Tunelem strachu przed nieznanym,

do ciasnej przestrzeni zaufania,

do rozpływającej się nieskończoności łzy,

do stygnącego ciepła ludzkiej egzystencji.

Ludzie hospicjum nie czują chłodu obecności

w pochyleniu nad odchodzącym bratem

czują oddech wiary we Wszechmogącego.

W torbie życiowych przyzwyczajeń niosą cierpliwość i wyrozumienie

niosą miłość, niosą po prostu siebie...

 

Grażyna Przybylska-Went

środa, 26 maja 2010 23:17

Łukasz

Napisane przez  Administrator
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego , Maria, żona Kleofasa i Maria Magdalena.
J 19, 25-26


Panią Marysię poznaję w bardzo trudnym momencie Jej życia, kiedy stoi przy łóżku swojego umierającego syna. Powyższy cytat z Pisma Św. został zaczerpnięty nie tylko ze względu na zbieżność imion.
Pierwsze spotkanie z Łukaszem było dla mnie dość przerażające. Jak to zwykle bywa, nachyliłam się nad łóżkiem chorego, mówiąc: „ Cześć! Mam na imię Monika” i pocałowałam Go w policzek. „Całusobiorca” zareagował gwałtownymi ruchami i chrapliwym oddechem, jakby chciał coś powiedzieć. Myślałam, że nagle Mu się pogorszyło! Teraz przyszło mi do głowy, że to On pierwszy się mnie przestraszył. Ale już na poważnie.
Ten młody, 25-letni chłopak walczył z bardzo złośliwym nowotworem mózgu- glejakiem. Mimo przebytej operacji i radioterapii guz szybko się rozrastał. Łukasz cały czas leżał, prawa część ciała była sparaliżowana, więc też nie mógł mówić, a wszystko rozumiał. Domownicy musieli po prostu odgadywać Jego pragnienia. Na skutek przyjmowanych leków masa Jego ciała bardzo się zwiększyła, doszło do uszkodzenia skóry. Takie spustoszenie choroba zrobiła w ciągu kilku miesięcy. Praktycznie już wtedy nic nie jadł i pił bardzo mało. Składniki potrzebne do życia dostawał przez kroplówki podawane tak często jak się tylko dało przez nasze lekarki i pielęgniarki.
Pani Marysia była przy synu cały czas, noc- dzień, dzień- noc. Obserwowała to, co robiliśmy, aby później samodzielnie, lub z mężem podawać choremu. Naprawdę, oboje przeszli szybki kurs pielęgniarstwa. No i muszę powiedzieć, że na „szóstkę”!  
Nigdy się nie skarżyła, nie płakała. Cicha, spokojna. Wiem, że dużo się modliła. Kiedy mówiła o synu, uśmiechała się, niestety z czasem te uśmiechy były coraz smutniejsze. Tylko raz uroniła przy nas łzy (my zresztą też nie mogliśmy ich powstrzymać), kiedy opowiadała, jak to Łukasz po powrocie ze szpitala podszedł do okna. Spojrzał wtedy na kwitnące, wiosenne drzewa i ...  rozpłakał się.
Wierzyła do końca, że będzie dobrze. Bóg chciał inaczej.
Czemu musiał odejść tak młody człowiek? Nie pytajcie, nie wiem.
Wiem tylko, że razem z księdzem Robertem ze swojej parafii, snuli plany wyjazdu w góry
i do Ziemi Świętej, odnaleźć ślady Boga. Snując te plany jeszcze pewnie nie wiedzieli, że Łukaszowi przyjdzie kroczyć tą najtrudniejszą drogą, żeby te ślady zobaczyć, drogą cierpienia.
Przez kilka ostatnich dni nasz chory był nieprzytomny, choć reagował na wszelkie bodźce z zewnątrz, dręczony atakami padaczki. Odszedł spokojnie, w środku dnia, przy naszych wolontariuszach. A przy Nim stała Matka Jego.
Łukasz, nie udało nam się pogadać. Mam jednak nadzieję, że kiedyś nadrobimy zaległości! Do zobaczenia w niebie, może być nawet „na dywaniku” u Szefa.



Z poważaniem
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Ostatnia aktualizacja: wtorek, 03 maja 2011 22:47
Administrator

Administrator

E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Więcej z tej kategorii: « List do Boga Pani Krysia »

Aby dodać komentarz należy się zalogować.
W tej momencie nie masz uprawnień do wystawienia komentarza.

Alternative flash content

To view this Flash you need Javascript on your browser and updated version of flash player.

Get Adobe Flash player

facebook

Licznik od dnia 02.11.2011

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj38
mod_vvisit_counterWczoraj339
mod_vvisit_counterW tym tygodniu2910
mod_vvisit_counterW poprzednim tygodniu3052
mod_vvisit_counterW tym miesiącu9121
mod_vvisit_counterW poprzednim miesiącu15304
mod_vvisit_counterRazem118721
Copyright © link do domeny     Joomla Templates
Sponsor serwisu - home.pl - domeny, hosting, sklepy