Od jakiegoś czasu nasi podopieczni zostają sami na noce. Pan Krzyś już ledwo chodzi. Któregoś dnia po zmianie opatrunku na pięcie, żegnam się z Nim mówiąc: "Proszę się trzymać dzielnie!". "Tak Monisiu, trzymać się". Spoglądam na Niego i mówię: "Łatwo powiedzieć, nie?" "Oj, łatwo się mówi. Ja już nie mam siły. Jestem przygotowany..."
Trwają poszukiwania opiekunek za pieniądze na weekendy. Jedna z nich, wydawałoby się odpowiedzialna osoba, nie dość, że nie przyszła, to nie zadzwoniła i nie dała znaku życia. A pan Krzyś chcąc wstać w nocy z łóżka, wylądował na podłodze, bo nogi odmówiły posłuszeństwa. I tak leżał do rana płacząc z bólu, dopóki nie przyszła rano opiekunka. Trudno, nie mogę ich zostawić samych, zostaję na noc. Jest noc z niedzieli na poniedziałek.
Śpię na materacu, nie chcąc hałasować rozkładaniem łóżka. Drzwi uchylone żebym tylko usłyszała jak będę potrzebna. Budzę się na każdy szelest, nawet gdy wyłącza się lodówka. Wstaję w nocy raz, bo pan Krzyś chce do toalety, ale ma założonego pampersa na szczęście. Wychodzę po godz. 6-j rano upewniwszy się, że nic się nie dzieje, życząc pani Asi dobrego dnia i pędzę do pracy. Następne noce obstawiane są kolejno przez panią Jadzię, nasze wolontariuszki, córkę, brata chorego. Od poniedziałku z dnia na dzień jest coraz gorzej. Bez koncentratora tlenu już się nie da, czasem utrudniony kontakt, boli całe ciało.
14.10.2011- piątek. Przychodzimy jak zwykle wykąpać panią Asię. Jest zdenerwowana, bo zbliża się kolejny weekend. Rodzina powiedziała, że musi odpocząć... Dzwonimy z Moniką do kogo się da, żeby ustalić dyżury na noce i dni. W ostatniej chwili łapiemy naszą wolontariuszkę Basię. Zgadza się się przyjść na noc.W sobotę rano z drugiego końca miasta jedzie nasza pielęgniarka Stasia. Mamy ją zmienić o 13.30 razem z Edytą.
U chorego od rana "gorąca linia". Doktor Maria chora, więc porozumiewamy się z nią telefonicznie. Mimo podawanych leków przeciwbólowych chory jęczy z bólu przy każdym poruszeniu. Wymianę pampersa i mokrej koszulki robimy najdelikatniej jak się tylko da. (dzięki Ci Panie za podsunięcie myśli o Stasi, bez której byśmy sobie nie poradziły!). Stasia zostaje z nami aż do g.16-j! Zostawiam na chwilę dziewczyny i lecę do domu coś zjeść. Wracam o 16.30. Tak się umówiłam z Edytą, że gdy wrócę, ona pojedzie do domu, bo również jest prosto z pracy. Temperatura chorego wzrasta do 39,1. Ustalamy z Edytą, że razem z Panią Asią odmówimy przy łóżku Koronkę i ona pojedzie, a ja zadzwonię po córkę, żeby wcześniej przyjechała (miała zostać na noc). Przez telefon jeszcze uzgadniam z doktor co podać i jak, wszak chory ma problem
z połykaniem, zaczął też inaczej oddychać, jeczeć. W tym momencie pan Krzyś jakby trzy razy kichnął i... przestał oddychać. Twarz momentalnie się zmieniła, wydłużyła i nabrała koloru ziemistego. Zaczęłyśmy odmawiać Koronkę, dołączyła do nas pani Asia. Nie mogłam w to uwierzyć! Pani Asia zaczęła płakać. Uspokoiłam ją szeptem, bo chory jakby ją usłyszał i zaczął znów oddychać (koncentrator był cały czas podłączony). Głosy nam drżały. Przez cały czas miałam w myśli te słowa Pana Jezusa, który obiecał s.Faustynie, że sam przyjdzie w godzinie śmierci, gdy będzie odmawiana Koronka przy umierającym.
Edyta zamknęła oczy chorego, mówiąc jednocześnie do pana Krzysia tak, jakby ją jeszcze słyszał. Przeszło mi przez myśl, że to może za wcześnie, nadal nie mogłam w to uwierzyć! Ale nie oddychał. Wyłączyłam koncentrator. Córka przyjechała za chwilę, nie zdążyła a zabrakło kilku minut. Była 16.45.
"Piszę, bo tak mi smutno.
Nie ujrzę cię dziś ani jutro.
Zaczynając me pisanie,
daję ci dłoń na powitanie.
Nie dam jednej- dam ci obie,
bo jestem w żałobie po tobie!"
"Pożegnanie Marii K."
Natalia Paliwoda
Razem z Moniką i córką ubrałyśmy zmarłego. Pani doktor, sama ledwo żywa, przyjechała stwierdzić zgon.
Panie Krzysiu, naprawdę starałyśmy się ulżyć panu w cierpieniu i wszystko robić bardzo delikatnie. Był pan bardzo dzielny! Do zobaczenia w Niebie! Mam nadzieję, że kiedyś do Pana dołączę, ja, taki mały wolontariuszek (w tym momencie trzeba dodać: zapłakany).
I tak się kończy ta smutna historia, ktora zaczęła się 4 lata temu opieką nad panią Asią. Tzn kończy się tylko część, bo zostaje osamotniona pani Asia.
"...I nawet, gdy nie ma tych, których kochamy,
W pamieci na zawsze zostają.
Nieziemską mądroscią, wciąż dzielą się z nami,
I wiemy, że na nas czekają."
"To jest życie"
Anna Kowalik
wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
PS.
Ogromne wyrazy wdzieczności dla wszystkich, którzy odwiedzili ten dom, którzy wspomagali modlitwą. Moję podziękowania też dla Edyty, która była tu pierwszy raz i choć jest z nami od niedawna, spisała się na medal w tej trudnej chwili. Pan Krzyś był pierwszym chorym, który odszedł przy niej! (przeszła tzn. "chrzest bojowy")
;


















