Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-

Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /libraries/vendor/joomla/registry/src/Registry.php on line 737

Kolejna sobota

Kolejna sobota

        Umawiam się z doktor Marią na sobotę, ponieważ będzie u naszych chorych dzieci, u których już dawno nie byłam. Jeszcze do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy brać ten dyżur, bo biorąc go, musiałam odłożyć wiele innych spraw na później. No trudno, ludzie ważniejsi.

      5:20 pobudka i pedzę do pracy. Doktor razem z pielęgniarką Basią ma podjechać po mnie. Przedzieramy się przez trochę już zakorkowany Radom i kierujemy się na Wieniawę, gdzie czekają na nas rodzice z Martynką. Widok takiej dużej naszej Pociechy uświadamia mi, jak dawno już tu nie byłam. Nasza Dziecina czuje się dobrze (jeśli tak można wogóle powiedzieć). Jest w ramionach Taty, gdzie najbezpieczniej i nie przejmując się gośćmi poprostu idzie spać.

     Doktor wysłuchuje relacji z wizyty w szpitalu, przegląda leki i nowe mleczko (chora jest karmiona przez gastrostomię, taki "grzybek"prosto do żołądka). Potem, przed podaniem jedzonka, bada Martynkę z każdej możliwej strony. Nasza podopieczna nie ma odruchu ssania, ale dostaje też trochę pokarmu do buzi. Niestety są już widoczne różnice w rozwoju miedzy Nią a dziećmi w Jej wieku. Choć urosła, nie siedzi sama, jest jakby w swoim świecie. Zostaję opluta papką (to pewnie za karę!) Z jedzeniem schodzi bardzo długo, ale Martyna jest otoczona ogromną miłością swoich Rodziców! Dziękuję Ci Panie Boże za Nich!

      Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa. Podziwiamy po drodzę piękną jesień jadąc przez las. I znów zmiany. Nowa brama, trochę więcej siwych włosów na głowie pana Sławka i Wiktoria już pannica. Jesteśmy witane jak członkowie rodziny. Uśmiecham się na wspomnienie całej sceny, kiedy pan Sławek razem z córką pokazywali nam swoje zakupy, buty, płaszcz, nowe łóżko. Przez te wszystkie lata (to już chyba 5) nawiazała się miedzy nami przyjaźń i wzajemne zaufanie. Nasz Dominik też oczywiście urósł. Nasze medyczne zmieniły Mu rurkę tracheotomijną. Miło upływał czas przy herbacie i dobrym cieście (muszę kiedyś pospisywać te przepisy i zrobić taki kacik kulinarny na naszej stronie. Co Wy na to?) "Fundujemy"  sobie też podróż do szczecińskiego hospicjum (dawne hospicjum ks. Marka ) i odbywamy wirtualny spacer po nim. I jak przystało na dobrą Rodzinę, zostajemy obdarowane jabłkami i orzechami. Czas w drogę.

      Okazuje się, że jest jeszcze jedna wizyta. Basia musi coś załatwić, a ja? No cóż, jak już dyżur, to do końca. "Wyrzucamy" pielęgniarkę po drodze i jedziemy do pana Rajmunda. Jestem tu pierwszy raz, więc troche jestem onieśmielona tym bardziej, że w momencie, gdy Rodzina dowiedziała się, że ja to ja, rozległ się ogromny okrzyk: " A to to jest ten korespondent hospicyjny!"( przez wrodzoną skromność pominę milczeniem rumieniec na moim policzku).

    Nasz chory został właśnie przetransportowany do łazienki. Piszę przetrasportowany, bo przewieziony na wózku z jednoczesnym podłączeniem do tlenu ( rak tarczycy). Kiedy zostaje przywieziony ponownie do pokoju, musi upłynąć dużo czasu zanim odrobinę doszedł do siebie
i unormował się oddech. Kiedy nam nic nie doskwiera, nie zdajemy sobie sprawy, jaką trudność mogą przysporzyć codzienne, najzwyklejsze czynności. Dla chorego taki spacerek, to jak wejście na Mont Ewerest! Doktor jest tu codziennie. Jak mówi, chory boi się śmierci a przy nas czuje się bezpieczniej. Choć pan Rajmund mówi, że dzień był nawet niezły, jakoś nie ma ochoty na rozmowę. Uśmiecha się tylko słysząc rozmowę najbliższych. Siedzę na wprost Nich i obserwuję i cieszę się się, że wziełam ten dyżur dziś, bo mogłam niemal namacalnie dotknąć miłości. Miłości rodzicielskiej, małżeńskiej, rodzinnej.

      Pan Rajmund dał doktor jutro wolne przy niedzieli. Nawet została przybita "piątka". Chory jednak nie dotrzymał danego słowa (choć nie było w tym Jego winy). W niedzielę następnego dnia dostaję sms o treści: "Pan Rajmund odszedł o 8 45".

"Pewien książę rzekł kiedyś: sercem szukać trzeba
Kto spoglądać nim umie temu obca bieda.
Choćbym wszystko więc stracił z dotykalnych rzeczy
Nie przeklnę tego świata, nie będę złorzeczył.
Dopóki bowiem kocham i jestem kochany
Bez wartości są dla mnie pozłacane ściany.
A gdy kiedyś mnie wezmą na spacer daleki
Dostojnie chciałbym kroczyć, nie jak kto kaleki.
Przeto błędy naprawię, nowych nie popełnię
Aby porwać mnie mogły pokoju gołębie>"


"Mały rycerz" D. Zastawny


      Cóż mogę powiedzieć? Do zobaczenia panie Rajmundzie. Mam nadzieję, że wszyscy się spotkamy tam, po drugiej stronie. Czego sobie i Wam życzę!



Wasz korespondent hsospicyjny
Monika Wężyk

Więcej w tej kategorii: « Pan Zbyszek Szpital »

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

powrót na górę

Na youtube