Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-

Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /libraries/vendor/joomla/registry/src/Registry.php on line 737

Szpital

Szpital

Miały być to tylko badania. Lekarz powiedział, że potrwają ok. tygodnia, a jak się wszystko inaczej potoczyło?

Zaraz następnego dnia punkcja i leżenie 3 godz. płasko na brzuchu, następnie 3 dni leżenie płasko i wstawanie tylko za swoją potrzebą i do posiłku. Okazało się, że mam tzw. syndrom popunkcyjny, który objawiał się tym, że każde podniesienie się z łóżka sprawiało ogromny ból głowy, którego, jak twierdzili medycy, nie można było uśmierzyć żadnym lekiem. Od samego rana szły kroplówki nawadniające, przeciwbólowe, przeciwgorączkowe. Do łazienki „biegłam” najszybciej jak się da, najgorzej było z jedzeniem, bo same łzy płynęły po policzkach z bólu. Kiedy myślałam, że już będzie lepiej, zaczęły się wymioty, więc przestałam jeść (bo i tak nie miałam na nic ochoty) a do zrobienia badania rezonansem, musieli mnie uśpić, ponieważ kolejne „podróże” na badania potęgowały te dolegliwości!

W rezonansie wykryto zmiany, których wcześniej nie było i ... kolejna punkcja. Okazało się, że oprócz anemii, przyplątało się wirusowe zapalenie opon mózgowych! Do płynów, które dostawałam, doszły antybiotyki i leki przeciwzapalne. Leżenie na płasko i takie ilości płynów, powodowały, że byłam jak „bania napełniona wodą”. Moje żyły zaczęły odmawiać posłuszeństwa i każde podłączenie kroplówki powodowało ogromny ból w rękach , jakby miało ją rozerwać! Widok zbliżającej się pielęgniarki wyzwalał we mnie panikę. Nie byłam w stanie powstrzymać łez! A do tego, wenflony nie wytrzymywały więcej niż dobę i znalezienie na moich rękach dobrej żyły graniczyło z cudem! (zdarzały się i trzykrotne próby wkucia)

Moje cierpienie spotęgował również fakt, iż moja mama wpadła pod samochód i miała nogę w gipsie! Ja leżałam „bezczynnie” a Ona była bez pomocy, gdyż na moją najbliższą rodzinę (dwaj bracia) nie można było liczyć!

Na wysokości zadania stanęli moi Przyjaciele z hospicjum. Ksiądz Wojtek odprawił Mszę Św. w niedzielę w mojej sali, wielu mnie odwiedzało, byłam stale otoczona modlitwą. Najwięcej zawdzięczam Zosi. Była ze mną codziennie. Kiedy jeszcze nie mogłam wstawać, umyła mnie na łóżku, a potem już pod prysznicem. Kiedy w niedzielę zabrakło różowych wenflonów, biegała po oddziałach, żeby zdobyć cieńszy, niebieski, aby można było podłączyć kroplówki. Przynosiła różne potrzebne rzeczy, zabierała pranie, szykowała kanapki, kiedy ja, „przywiązana do kroplówki” nie mogłam ruszać rękom, lub nawet wstawać. Po prostu BYŁA!

Dlaczego piszę o tym wszystkim? Bo chcę podziękować Bogu i ludziom!

Zacznę od ludzi, którzy mnie nie zostawili, kiedy tak bardzo potrzebowałam ich pomocy! Przyjaciele z Caritas modlili się za mnie i odwiedzali, również i dalsza Rodzina!

A za co jestem wdzięczna Bogu? Za to, że dał mi poznać, jak to jest z drugiej strony łóżka. Do tej pory, to ja wychodziłam, a chory zostawał. Teraz wiem jakie to przykre! Kilka osób powiedziało, żebym nie zmarnowała tego cierpienia! Kiedy usłyszałam to po raz pierwszy, musiałam zagryźć wargi, żeby się nie rozpłakać! Łatwo się mówi, gorzej wykonać! Dopiero później byłam w stanie oddać ból kolejnych nieudanych prób założenia wenflonu w jakiejś intencji. (kolejna lekcja dla mnie! Uważaj na to, co mówisz!) Kiedy tak bardzo się źle czułam, nie miałam ochoty na Różańce i inne powtarzane modlitwy. Każde zamknięcie na chwile oczu, powodowało jakieś koszmarne, czarne wizje. Nie dało się myśleć pozytywnie ani przywoływać miłych wspomnień! Pozostało tylko wzdychanie do najlepszego Lekarza, który codziennie przychodził do mnie w Najświętszym Sakramencie i Jego „pielęgniarek”, czyli aniołów, na czele z moim Aniołem Stróżem! Fajnie było wówczas posłuchać czegoś wesołego! Nie myślcie sobie, że jestem aż taką płaczką, ale podczas Mszy Św. i Przeistoczenia również połykałam łzy leżąc na łóżku i postanowiłam sobie, że już zawsze podczas Eucharystii będę klęczeć na dwa kolana przed Nim!

Kiedy już poczułam się lepiej i nie była podłączona do kroplówki, jako wolontariusz hospicyjny i po prostu człowiek, starałam się pomagać innym na oddziale, czy to posmarować kanapki, podać coś do picia, czy podnieść zapłakanych na duchu. Dobrze było „wracać już do siebie”!

Nastał wytęskniony dzień. Wychodzę, choć nie do końca podobno zdrowa. Ręce bolą, trochę osłabiona ale szczęśliwa, że to wszystko już za mną. Mam nadzieję, że na bardzo długo!

 

Wasz jeszcze obolały
Wolontariusz hospicyjny
Monika Wężyk

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

powrót na górę

Na youtube