• Matka Jezusa „ ...Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń  wziął Ją do siebie” J. 19, 26-28       Kolejne, pracowite popołudnie w hospicjum. W sumie trzy wizyty, w tym…
  • Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny. „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny...” Mt.25, 13  19 grudnia 2012 r. płatki na śniadanie i poranna kawa (bez której się nie mogę obejść) i idę rano na Roraty. Potem jestem umówiona z panią Helą, żoną naszego podopiecznego…
  • Znów zaczęliśmy     Kiedy latem zaczynałyśmy robić nasze prace, wszyscy się dziwili, to już na Święta robicie? A my z uporem maniaka odpowiadałyśmy, że to już najwyższy czas! Bo rzeczywiście, czas szybko zleciał. Ale po kolei.      Jak co roku, na naszą ostatnią Mszę Św. dla osieroconych przed Bożym Narodzeniem, przygotowujemy małe…
  • Szpital Miały być to tylko badania. Lekarz powiedział, że potrwają ok. tygodnia, a jak się wszystko inaczej potoczyło? Zaraz następnego dnia punkcja i leżenie 3 godz. płasko na brzuchu, następnie 3…

Ludzie hospicjum przychodzą zewsząd i znikąd...

z cudzego zapomnienia, z niepamięci własnych przeżyć,

z pogmatwanego świata.

Krętymi ścieżkami czyjegoś cierpienia

niosą płomyk nadziei, iskierkę radości, blask czuwania...

Ludzie hospicjum miewają chwile zwątpienia

bezmiar ludzkiego bólu przytłacza, smutek pożegnań rani

skłania do ucieczki w nicość...

A potem nastają powroty. Tunelem strachu przed nieznanym,

do ciasnej przestrzeni zaufania,

do rozpływającej się nieskończoności łzy,

do stygnącego ciepła ludzkiej egzystencji.

Ludzie hospicjum nie czują chłodu obecności

w pochyleniu nad odchodzącym bratem

czują oddech wiary we Wszechmogącego.

W torbie życiowych przyzwyczajeń niosą cierpliwość i wyrozumienie

niosą miłość, niosą po prostu siebie...

 

Grażyna Przybylska-Went

Jak żyć, gdy samotność tak bardzo boli?

Napisane przez  Monika
Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Jak żyć, gdy samotność tak bardzo boli?
Gdy drzwi zamknięte na zawsze i pukania już nikt nie usłyszy
Gdy pozostały już tylko wspomnienia
Z którymi pogadać się nie da
Jak odnaleźć na nowo sens życia
Żeby Być, żeby Kochać?
A samotność tak bardzo boli!


Do domu pani Danieli weszłyśmy razem z Anią jeszcze przed wejściem Hospicjum, po rozmowie z córka, naszą wolontariuszką. Nasza chora pochowała niedawno córkę, będącą również pod opieką Hospicjum i nie mogła się pogodzić z myślą o naszych ponownych odwiedzinach. Ani ból, ani pogarszający się stan zdrowia nie mogły tego zmienić.

Kiedy weszłyśmy do tego domu oficjalnie, pani Daniela była już bardzo wyniszczona. Ból potrafił być tak silny, że uniemożliwiał jedzenie (guz umiejscowił się w jamie ustnej).
 

Na początku nasze odwiedziny były sporadycznie, lecz kiedy stan zaczął się pogarszać, coraz częściej. Córka chorej wzięła sobie urlop w pracy na
4 miesiące i była z Mamą przez cały czas.

Nie było łatwo, oj nie. Były takie tygodnie, kiedy prosto z pracy, prosto z uczelni jechałam na drugi koniec miasta. Śnieg, deszcz. Powoli zaczęłam się przyzwyczajać. Pani Daniela też nie należała do łagodnych osób. Uczyła nas cierpliwości. Czasem byłam na zmianę z Anią, czasem z doktor Izą, a czasem w większym gronie np. podczas Mszy Św. Mimo naszej znajomości, nie zawsze było wiadomo, jak się zachować?  Lepiej gadać, czy nic nie mówić? Śmiać się, czy płakać? Wiele się tu nauczyłam o posłudze hospicyjnej.
Zmęczeni i zgłodniali mogliśmy liczyć na herbatę i obiad, czasem choćby na kanapki (wciąż za mną „chodzą” naleśniki z serem).

Starałyśmy się sobie pomagać, ja zabierałam pranie do domu, Zosia zajmowała się pracą biurową. Czasem zastępowałyśmy Ją na zmianę z sąsiadką lub inną wolontariuszką w opiece nad Mamą, aby mogła na chwilę wyjść z domu.
Pani Daniela nie zgodziła się ani na gastrostomię, ani na sondę. Nadszedł czas, gdy mogła już tylko jeść mannę i to po wzięciu tabletki przeciwbólowej. Możecie to sobie wyobrazić?
Wciąż mam Ją przed oczami, jak z drutami w wychudzonych rękach robi pokrowce na krzesła.
Kiedy zaistniała potrzeba, doktor Iza potrafiła przyjechać nawet o 4 rano na interwencję. Była praktycznie zawsze na wezwanie, tak samo jak i pielęgniarki podające kroplówki, czy ksiądz.
Zbliżały się 75 urodziny naszej podopiecznej. Pani Daniela kazała sobie napisać na kartce dzień swoich urodzin i włożyć pod poduszkę.


Kiedy nadeszła „godzina 0”, stawili się prawie wszyscy wolontariusze. Mszę Św. ks. Marek rozpoczął trochę wcześniej ponieważ stan chorej był bardzo ciężki. Pani Daniela podczas Eucharystii trzymała w ręku świecę podtrzymywaną przez doktor i córkę. Obie klęczały przy łóżku. Przyjęła Krew Chrystusa. Po Mszy trwaliśmy dalej śpiewając pieśni wielkopostne i modląc się. Wtedy pojawiły się ataki bólu.  Kiedy leki przeciwbólowe zaczęły działać i chora się uspokoiła, zjedliśmy przygotowany przez naszą osieroconą tort. Może wydawać Wam się to dziwne, ale uważaliśmy, że tak będzie dobrze. Przecież wszyscy czekaliśmy na ten dzień. Były kwiaty, prezenty. Jak urodziny, to urodziny!
Postanowiłam zostać na noc, żeby Zosia nie czuła się opuszczona i by mogła trochę odpocząć, bo kilka nocy z rzędu bardzo mało spała. Ucieszyła się na tę wieść. Wszyscy się rozeszli, zostałyśmy same.

Pani Daniela oddychała spokojnie, a oddech był coraz płytszy. Moja Przyjaciółka krzątała się w kuchni, a ja nachylona nad łóżkiem odmawiałam cichutko Gorzkie Żale. Było już po północy.
Odeszła. Nawet nie wiadomo kiedy. Po prostu nagle przestała oddychać. Przeżyła swoje 75 urodziny jak chciała. Ostatni pocałunek na czole, ostatnie słowo pożegnania.
Na wieść o śmierci przyjechała Ania i pomogła nam ubrać zmarłą. A takiego wychudzonego ciała nie widziałam jeszcze nigdy.


Po doktor Izie widać było zmęczenie dniem poprzednim. Przyjechała wypisać  akt zgonu i także pobyć w tej trudnej chwili z naszą osieroconą Zosią. Było już po pierwszej w nocy.
Wygląda na to, że ta posługa się skończyła, ale ja wciąż przejeżdżając tą trasą, wracam myślami do tych dni. Wszak zostawiłam tam kawałek swojego życia. Czasem udaje mi się zauważyć zamyślenie i smutek na twarzy Zosi.


„...A samotność tak boli” napisała nasza osierocona.

Zosiu! Nie wiem kiedy przestanie boleć i czy w ogóle kiedyś przestanie. Mam tylko nadzieję. Dziękuję Ci za te wszystkie chwile razem spędzone i za zaufanie, jakim mnie obdarzyłaś. Wybacz wszelkie potknięcia, których pewnie było bez liku.

Dziękuję też Tobie, Boże za odwagę i siły i za to, że zostałam tamtej nocy.




Ogromnie wdzięczny
Wolontariusz hospicyjny
Monika Wężyk
Czytany 7305 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 03 maja 2011 22:46

facebook

Licznik od dnia 02.11.2011

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj1071
mod_vvisit_counterWczoraj1431
mod_vvisit_counterW tym tygodniu8011
mod_vvisit_counterW poprzednim tygodniu34345
mod_vvisit_counterW tym miesiącu56590
mod_vvisit_counterW poprzednim miesiącu40606
mod_vvisit_counterRazem1256582
Copyright © link do domeny     Joomla Templates
Sponsor serwisu - home.pl - domeny, hosting, sklepy