Blog Moniki (9)
Kategorie potomne
Archiwum Moniki (4)
Przedstawiamy artykuły Moniki Wężyk wolotariuszki Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu z lat 2006-2009.
Pokaż artykuły... Umawiam się z doktor Marią na sobotę, ponieważ będzie u naszych chorych dzieci, u których już dawno nie byłam. Jeszcze do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy brać ten dyżur, bo biorąc go, musiałam odłożyć wiele innych spraw na później. No trudno, ludzie ważniejsi.
5:20 pobudka i pedzę do pracy. Doktor razem z pielęgniarką Basią ma podjechać po mnie. Przedzieramy się przez trochę już zakorkowany Radom i kierujemy się na Wieniawę, gdzie czekają na nas rodzice z Martynką. Widok takiej dużej naszej Pociechy uświadamia mi, jak dawno już tu nie byłam. Nasza Dziecina czuje się dobrze (jeśli tak można wogóle powiedzieć). Jest w ramionach Taty, gdzie najbezpieczniej i nie przejmując się gośćmi poprostu idzie spać.
Doktor wysłuchuje relacji z wizyty w szpitalu, przegląda leki i nowe mleczko (chora jest karmiona przez gastrostomię, taki "grzybek"prosto do żołądka). Potem, przed podaniem jedzonka, bada Martynkę z każdej możliwej strony. Nasza podopieczna nie ma odruchu ssania, ale dostaje też trochę pokarmu do buzi. Niestety są już widoczne różnice w rozwoju miedzy Nią a dziećmi w Jej wieku. Choć urosła, nie siedzi sama, jest jakby w swoim świecie. Zostaję opluta papką (to pewnie za karę!) Z jedzeniem schodzi bardzo długo, ale Martyna jest otoczona ogromną miłością swoich Rodziców! Dziękuję Ci Panie Boże za Nich!
Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa. Podziwiamy po drodzę piękną jesień jadąc przez las. I znów zmiany. Nowa brama, trochę więcej siwych włosów na głowie pana Sławka i Wiktoria już pannica. Jesteśmy witane jak członkowie rodziny. Uśmiecham się na wspomnienie całej sceny, kiedy pan Sławek razem z córką pokazywali nam swoje zakupy, buty, płaszcz, nowe łóżko. Przez te wszystkie lata (to już chyba 5) nawiazała się miedzy nami przyjaźń i wzajemne zaufanie. Nasz Dominik też oczywiście urósł. Nasze medyczne zmieniły Mu rurkę tracheotomijną. Miło upływał czas przy herbacie i dobrym cieście (muszę kiedyś pospisywać te przepisy i zrobić taki kacik kulinarny na naszej stronie. Co Wy na to?) "Fundujemy" sobie też podróż do szczecińskiego hospicjum (dawne hospicjum ks. Marka ) i odbywamy wirtualny spacer po nim. I jak przystało na dobrą Rodzinę, zostajemy obdarowane jabłkami i orzechami. Czas w drogę.
Okazuje się, że jest jeszcze jedna wizyta. Basia musi coś załatwić, a ja? No cóż, jak już dyżur, to do końca. "Wyrzucamy" pielęgniarkę po drodze i jedziemy do pana Rajmunda. Jestem tu pierwszy raz, więc troche jestem onieśmielona tym bardziej, że w momencie, gdy Rodzina dowiedziała się, że ja to ja, rozległ się ogromny okrzyk: " A to to jest ten korespondent hospicyjny!"( przez wrodzoną skromność pominę milczeniem rumieniec na moim policzku).
Nasz chory został właśnie przetransportowany do łazienki. Piszę przetrasportowany, bo przewieziony na wózku z jednoczesnym podłączeniem do tlenu ( rak tarczycy). Kiedy zostaje przywieziony ponownie do pokoju, musi upłynąć dużo czasu zanim odrobinę doszedł do siebie
i unormował się oddech. Kiedy nam nic nie doskwiera, nie zdajemy sobie sprawy, jaką trudność mogą przysporzyć codzienne, najzwyklejsze czynności. Dla chorego taki spacerek, to jak wejście na Mont Ewerest! Doktor jest tu codziennie. Jak mówi, chory boi się śmierci a przy nas czuje się bezpieczniej. Choć pan Rajmund mówi, że dzień był nawet niezły, jakoś nie ma ochoty na rozmowę. Uśmiecha się tylko słysząc rozmowę najbliższych. Siedzę na wprost Nich i obserwuję i cieszę się się, że wziełam ten dyżur dziś, bo mogłam niemal namacalnie dotknąć miłości. Miłości rodzicielskiej, małżeńskiej, rodzinnej.
Pan Rajmund dał doktor jutro wolne przy niedzieli. Nawet została przybita "piątka". Chory jednak nie dotrzymał danego słowa (choć nie było w tym Jego winy). W niedzielę następnego dnia dostaję sms o treści: "Pan Rajmund odszedł o 8 45".
"Pewien książę rzekł kiedyś: sercem szukać trzeba
Kto spoglądać nim umie temu obca bieda.
Choćbym wszystko więc stracił z dotykalnych rzeczy
Nie przeklnę tego świata, nie będę złorzeczył.
Dopóki bowiem kocham i jestem kochany
Bez wartości są dla mnie pozłacane ściany.
A gdy kiedyś mnie wezmą na spacer daleki
Dostojnie chciałbym kroczyć, nie jak kto kaleki.
Przeto błędy naprawię, nowych nie popełnię
Aby porwać mnie mogły pokoju gołębie>"
"Mały rycerz" D. Zastawny
Cóż mogę powiedzieć? Do zobaczenia panie Rajmundzie. Mam nadzieję, że wszyscy się spotkamy tam, po drugiej stronie. Czego sobie i Wam życzę!
Wasz korespondent hsospicyjny
Monika Wężyk
Od jakiegoś czasu nasi podopieczni zostają sami na noce. Pan Krzyś już ledwo chodzi. Któregoś dnia po zmianie opatrunku na pięcie, żegnam się z Nim mówiąc: "Proszę się trzymać dzielnie!". "Tak Monisiu, trzymać się". Spoglądam na Niego i mówię: "Łatwo powiedzieć, nie?" "Oj, łatwo się mówi. Ja już nie mam siły. Jestem przygotowany..."
Trwają poszukiwania opiekunek za pieniądze na weekendy. Jedna z nich, wydawałoby się odpowiedzialna osoba, nie dość, że nie przyszła, to nie zadzwoniła i nie dała znaku życia. A pan Krzyś chcąc wstać w nocy z łóżka, wylądował na podłodze, bo nogi odmówiły posłuszeństwa. I tak leżał do rana płacząc z bólu, dopóki nie przyszła rano opiekunka. Trudno, nie mogę ich zostawić samych, zostaję na noc. Jest noc z niedzieli na poniedziałek.
Śpię na materacu, nie chcąc hałasować rozkładaniem łóżka. Drzwi uchylone żebym tylko usłyszała jak będę potrzebna. Budzę się na każdy szelest, nawet gdy wyłącza się lodówka. Wstaję w nocy raz, bo pan Krzyś chce do toalety, ale ma założonego pampersa na szczęście. Wychodzę po godz. 6-j rano upewniwszy się, że nic się nie dzieje, życząc pani Asi dobrego dnia i pędzę do pracy. Następne noce obstawiane są kolejno przez panią Jadzię, nasze wolontariuszki, córkę, brata chorego. Od poniedziałku z dnia na dzień jest coraz gorzej. Bez koncentratora tlenu już się nie da, czasem utrudniony kontakt, boli całe ciało.
14.10.2011- piątek. Przychodzimy jak zwykle wykąpać panią Asię. Jest zdenerwowana, bo zbliża się kolejny weekend. Rodzina powiedziała, że musi odpocząć... Dzwonimy z Moniką do kogo się da, żeby ustalić dyżury na noce i dni. W ostatniej chwili łapiemy naszą wolontariuszkę Basię. Zgadza się się przyjść na noc.W sobotę rano z drugiego końca miasta jedzie nasza pielęgniarka Stasia. Mamy ją zmienić o 13.30 razem z Edytą.
U chorego od rana "gorąca linia". Doktor Maria chora, więc porozumiewamy się z nią telefonicznie. Mimo podawanych leków przeciwbólowych chory jęczy z bólu przy każdym poruszeniu. Wymianę pampersa i mokrej koszulki robimy najdelikatniej jak się tylko da. (dzięki Ci Panie za podsunięcie myśli o Stasi, bez której byśmy sobie nie poradziły!). Stasia zostaje z nami aż do g.16-j! Zostawiam na chwilę dziewczyny i lecę do domu coś zjeść. Wracam o 16.30. Tak się umówiłam z Edytą, że gdy wrócę, ona pojedzie do domu, bo również jest prosto z pracy. Temperatura chorego wzrasta do 39,1. Ustalamy z Edytą, że razem z Panią Asią odmówimy przy łóżku Koronkę i ona pojedzie, a ja zadzwonię po córkę, żeby wcześniej przyjechała (miała zostać na noc). Przez telefon jeszcze uzgadniam z doktor co podać i jak, wszak chory ma problem
z połykaniem, zaczął też inaczej oddychać, jeczeć. W tym momencie pan Krzyś jakby trzy razy kichnął i... przestał oddychać. Twarz momentalnie się zmieniła, wydłużyła i nabrała koloru ziemistego. Zaczęłyśmy odmawiać Koronkę, dołączyła do nas pani Asia. Nie mogłam w to uwierzyć! Pani Asia zaczęła płakać. Uspokoiłam ją szeptem, bo chory jakby ją usłyszał i zaczął znów oddychać (koncentrator był cały czas podłączony). Głosy nam drżały. Przez cały czas miałam w myśli te słowa Pana Jezusa, który obiecał s.Faustynie, że sam przyjdzie w godzinie śmierci, gdy będzie odmawiana Koronka przy umierającym.
Edyta zamknęła oczy chorego, mówiąc jednocześnie do pana Krzysia tak, jakby ją jeszcze słyszał. Przeszło mi przez myśl, że to może za wcześnie, nadal nie mogłam w to uwierzyć! Ale nie oddychał. Wyłączyłam koncentrator. Córka przyjechała za chwilę, nie zdążyła a zabrakło kilku minut. Była 16.45.
"Piszę, bo tak mi smutno.
Nie ujrzę cię dziś ani jutro.
Zaczynając me pisanie,
daję ci dłoń na powitanie.
Nie dam jednej- dam ci obie,
bo jestem w żałobie po tobie!"
"Pożegnanie Marii K."
Natalia Paliwoda
Razem z Moniką i córką ubrałyśmy zmarłego. Pani doktor, sama ledwo żywa, przyjechała stwierdzić zgon.
Panie Krzysiu, naprawdę starałyśmy się ulżyć panu w cierpieniu i wszystko robić bardzo delikatnie. Był pan bardzo dzielny! Do zobaczenia w Niebie! Mam nadzieję, że kiedyś do Pana dołączę, ja, taki mały wolontariuszek (w tym momencie trzeba dodać: zapłakany).
I tak się kończy ta smutna historia, ktora zaczęła się 4 lata temu opieką nad panią Asią. Tzn kończy się tylko część, bo zostaje osamotniona pani Asia.
"...I nawet, gdy nie ma tych, których kochamy,
W pamieci na zawsze zostają.
Nieziemską mądroscią, wciąż dzielą się z nami,
I wiemy, że na nas czekają."
"To jest życie"
Anna Kowalik
wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
PS.
Ogromne wyrazy wdzieczności dla wszystkich, którzy odwiedzili ten dom, którzy wspomagali modlitwą. Moję podziękowania też dla Edyty, która była tu pierwszy raz i choć jest z nami od niedawna, spisała się na medal w tej trudnej chwili. Pan Krzyś był pierwszym chorym, który odszedł przy niej! (przeszła tzn. "chrzest bojowy")
Miłość wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma
Miłość nigdy nie ustaje.”
Rodzinę pani Asi poznałam rok temu. Stało się tak, że zamieszkałam dokładnie naprzeciwko Ich bloku.
Niewielu znam ludzi, którzy tak potrafią kochać! Aż miło na Nich patrzeć, bo choć czasem złoszczą się na siebie, to nie mogą bez siebie żyć. A jak tu się nie złościć, kiedy jest się sparaliżowanym od szyi w dół!? Tak, pani Asia jadąc ze szpitala po I kursie chemioterapii (nowotwór piersi), uległa wypadkowi. Dzięki rehabilitacji prowadzonej od roku jest lepiej. Nasza chora wciąż jednak jest uzależniona od pomocy innych osób i to w tak prostych czynnościach jak np. podrapanie się za uchem, czesanie, jedzenie itp.
„Jesteśmy nieszczęśliwi, bo czegoś nam brakuje, ale posiadając to, nie jesteśmy szczęśliwi.” Wolter
Czy kiedyś się zastanawialiście, jakimi jesteście szczęściarzami? Macie ręce i nogi
i możecie zrobić z nich użytek. A do tego macie ok. 50 lat, czyli całkiem jeszcze młodzi, lecz...
Czy to nie jest powód, aby się załamać? Ano jest. Jakby jeszcze tego było mało, okazało się, że pan Krzysio, mąż chorej, ma nawrót choroby nowotworowej!
Ten najlepszy pielęgniarz, który przewijał, karmił, kąpał itd. teraz sam potrzebuje pomocy!
Wolontariusze hospicjum wraz z ich rodziną, muszą stanąć na wysokości zadania i nie pozwolić, aby któremukolwiek z naszych podopiecznych przyszło do głowy rozstać się z życiem, z tego np. powodu, że nie ma się kto nimi zająć. To naprawdę straszne czuć się ciężarem dla swojej rodziny!
Pan Krzyś jadąc na chemię do Warszawy napisał do nas list z prośbą, żebyśmy nie zapominały o Asi i odwiedzały Ją częściej. On natomiast zrobi wszystko, aby jak najszybciej wrócić do zdrowia.
„... Miłość wszystko przetrzyma...”
Nie jest łatwo. Możecie być pewni, ale jak to się u nas mówi: „Nikt nie obiecał, że będzie łatwo.”
Tak było 3 lata temu. A jak teraz żyje nasza Rodzinka?
Kolejne chemie nie przyniosły spodziewanego efektu. Guz nadal rośnie. Dr Maria mówi, że gdyby nie ta chemia jednak, nowotwór zabiłby pana Krzysia w ciągu kilku tygodni.
Chory nie ma już sił, ale nadal opiekuje się żoną. Również jest pod opieką hospicjum.
Na szczęście to już 2 lata mijają, jak razem z Moniką i panią Jadzią kąpiemy naszą podopieczną. Jest to duża pomoc dla członków Rodziny. Przez ten czas wypracowałyśmy sobie sposób sprawnego kąpania. Śmiejemy się, że Monika (ta druga, nie ja) zawsze się umie ustawić, bo przy okazji wymoczy sobie nogi! (wchodzi do wanny i będąc po kalana w wodzie, myje chorą). Tylko czasem nasza podopieczna się złości jak nie mogę znaleźć odpowiedniego szamponu, lub pani Jadzia po raz kolejny nie może wcelować wózkiem w drzwi...
I tak sobie życie płynęło do...
9.07.2011 (sobota) zostało wezwane pogotowie do pana Krzysia.
10.07.2011 (niedziela) wezwane ponownie pogotowie zabiera chorego do szpitala. Zapalenie opon mózgowych. Stan bardzo ciężki. Chory utrzymywany w śpiączce farmakologicznej.
11.07.2011 do szpitala przywozimy panią Asię. Nieporadnymi rękami głaszcze męża, mówi do Niego czule i ...płacze. Syn zabiera wszystkie rzeczy Ojca ze szpitala, bo nic się nie da zrobić! Nie chce więcej nocować w szpitalu przy łóżku.
Stojąc bezradnie przy chorym, przypomina mi się, że był w tym domu nasz, jeszcze nie tak dawno kleryk, teraz ksiądz Wojtek. Piszę sms z prośbą o modlitwę. Dzięki Boże za tę myśl! Od tego czasu ksiądz Wojtek jest tam codziennie. Ma taki niezwykły dar bycia z chorymi i „chopla” na punkcie karetek na sygnale! Jak sam mówi, dużo się nauczył odbywając w naszym hospicjum praktyki. Wspiera nas i Rodzinę, rozwesela kawałami i swoim sposobem bycia. Mamy z nim wesoło, kiedy poprawia koloratkę i idzie coś załatwić z pielęgniarkami dla naszego chorego.
12.07.2011 pojawiła się odleżyna na pięcie. Zorganizowaliśmy materac przeciwodleżynowy.
Chory podczas kolejnych dni jest powoli wybudzany ze śpiączki, zaczyna powoli jeść.
25.07.2011 zostaje przeprowadzona punkcja. Nie ma zapalenia opon ale choroba nowotworowa robi spustoszenie. Chory przyzwyczaił się do leków, które już praktycznie nie działają. Jest potrzeba bycia przy łóżku 24 godz. na dobę, bo nasz podopieczny jest bardzo niespokojny, wyrywa sobie cewnik i kolejne wenflony. I tu pojawia się problem, który jest widoczny na samym początku: córka nie daje rady, syn ma ważniejsze sprawy. W opiekę włączyły się tak naprawdę tylko dwie siostry pani Asi.
Niech komentarzem do całej sytuacji będą słowa Jezusa wypowiedziane w drodze na Golgotę:
„Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi” Łk. 23, 28-29
Na noc pozostaje znajomy Rodziny, pan Tomasz. Kiedy przychodzimy we wtorek przed wieczorem, okazuje się, że wenflon dziś rano został wyrwany a kolejny założono w ...szyję. Trzy osoby przy łóżku i każda ma co robić. Tego wkłucia pilnujemy jak najcenniejszego skarbu, musi zostać jak najdłużej! Chory kreci się. Chce wyjść. Prawdopodobnie cały czas myśli o chorej żonie, bo co jakiś czas pyta o Nią. Na noc przychodzi znów pan Tomasz, jednak jest pełen obaw widząc miejsce wkłucia. Próbuje dodzwonić się do syna, jednak ten nie odbiera telefonu. Zostaje z Nim ksiądz Wojtek.
26.07.2011 Monika jedzie po południu do szpitala. Pan Krzyś zostawiony sam na chwilę, wyrwał sobie wenflon. Dziś na noc mają zostać nasze nowe wolontariuszki, dziewczyny, które są ratownikami medycznymi. Monika ma zostać z Nimi trochę.
Kolejna noc pełna obaw. Co nam przyniesie? Miej nas Panie w swojej opiece!
27.07.2011 Nasze dziewczyny zostają do południa, bo nie ma kto ich zmienić.
29.07.2011 Pan Krzysztof zostaje wypisany ze szpitala i wraca do domu. Następuje przejęcie chorego przez nasze hospicjum. Doktor Iza zapoznaje się ze wszystkimi szczegółami. Na chorego czeka już specjalistyczne łóżko wypożyczone od nas. Ksiądz Marek puka do sąsiadów, aby zaprosić ich do opieki. Spowiedź, Msza Św., Sakrament Namaszczenia Chorych. Wszyscy bardzo przejęci! Pani Asia szczęśliwa, bo mąż choć z pomocą, ale siedzi obok na łóżku.
Ustalamy grafik opieki w domu razem z rodziną. Chcemy zrobić tak po hospicyjnemu tzn. żeby było na zasadzie wolontariatu. Brakuje ludzi, bo trzeba ustalić dyżury na 24 godz. w tym na noc po 2 osoby. Na razie nie wiemy jak zadziałają leki, jak się będzie czuł nasz podopieczny. Wszyscy się trochę boją.
Najpiękniejsze są chwile, kiedy to nasz chory sam ledwo żywy, martwi się o swoją żonę: „Kochanie, nie martw się. Do niedzieli muszę się wykurować i sam będę się Tobą opiekował”!
30.07.2011 Wpadamy na chwilę z księdzem Wojtkiem. Pan Krzyś siedzi na łóżku w pokoju żony. Jest dobrze. Wszyscy zadowoleni, bo wrócił apetyt, cewnik został odłączony. Chory przy pomocy balkonika powoli porusza się po mieszkaniu.
Czas na zmianę dyżurującego. Czekamy na syna...
Ludzie się powoli wykruszyli. Rodzina też się odsunęła. W miarę możliwości ja, lub ktoś z hospicjum nocujemy tam, w pozostałe noce ktoś z bliskich. Ciężko!
I tak upywają kolejne dni. Pan Krzyś ma tak ogromną wolę życia, że praktycznie całe dnie ćwiczy żeby dojść do formy a formy jak nie było, tak nie ma! Kolana poździerane, guz coraz większy do tego przyplątała się cukrzyca, więc rana na pięcie też się kiepsko goi. Biedny pan Krzyś! Coś się też popsuło między naszym małżeństwem. Mało przebywają razem w pokoju i złoszczą na siebie o byle co.
Tłumaczymy spokojnie, że muszą pozałatwiać swoje sprawy, bo dostali jeszcze jedną szansę, ale ten czas bardzo szybko ucieka. Wiecie, jak to jednak jest, zawsze ma się nadzieję, lub chce się ją mieć mimo wszystko. Ile jeszcze czsu nam pozostało Panie Boże?
Pan Krzyś jedzie do Warszawy do swojego lekarza prowadzącego, i co? Nie dostanie już żadnej chemii, nie ma już nadziei. Coraz częściej daje się słyszeć głosy o oddaniu Go do ośrodka w Zwoleniu. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie! Gdybyśmy mieli hospicjum stacjonarne!
Aby nie czuli się osamotnieni, przychodzę na każdą prośbę telefoniczną. Co prawda, nie sprawia mi przyjemności patrzenie na rany, ale dziękuję Opatrzności Bożej, że mieszkam tak blisko i że moje przeszkolenie hospicyjne się przydaje. Co drugi dzień przychodzę na zmianę opatrunku na pięcie i na pośladku. Staram się Ich podtrzymać na duchu, tzn. razem się podtrzymujemy, bo z moim zdrowiem też się dzieją różne “chece”. I oby do wiosny!
Cdn
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
" Oto jest dzień, który dał nam Pan..."
Na ten właśnie dzień czekaliśmy rok, tzn. od roku czasu snuliśmy plany, jak to zrobić? Choć i tak decyzja ostateczna należy zawsze do Szefa, to musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Jak to nasz podopieczny mówi: "Tylko raz ma się 80-te urodziny!".
Przez ten rok wiele się działo z naszym Chorym, poważne kłopoty z sercem, krążeniem. Im bliżej tego dnia, tym stan był gorszy.
Jak to u nas w hospicjum bywa, mieliśmy zrobić imprezę plenerową w naszej "posiadłości", jednak pogoda mogła spłatać nam figla, dlatego musieliśmy wymyśleć coś innego.
Wszystko przygotowane (oczywiście bez stresu się nie obyło), goście zaproszeni i nadszedł upragniony dzień 31. 07. 20011 r.
Spotykamy się wszyscy, tzn. Rodzina, znajomi, przyjaciele i wolontariusze hospicjum w naszym małym kościele na ul. Młodzianowskiej 124 o godz. 14 30. Pan Tadzio, jako, że nie ma ogromne kłopoty z chodzeniem, zostaje przywieziony żółtą karetką a z niej specjalnym wehikułem najnowszej generacji czyli, wózkiem inwalidzkim (i jeden kłopot z głowy). Eucharystia była uroczysta, kazanie specjalne na tę okazję a na koniec wspólne zdjęcie i ... w drogę!
Czym się da i jak się da, jedziemy do Baru Pokusa, gdzie nasi przyjaciele Leszek i Agnieszka już na nas czekają.
Wszyscy do stołu, a nasz uparty Solenizant co? Nie usiądzie do stołu i nie będzie nic jadł, bo lubi tylko domowe jedzenie! Powoli jednak dał się przekonać i jak się okazało, zjadł talerz flaków, kurczaka w warzywach, kawałek tortu i wypił lampkę szampana, oraz spróbował nalewki zrobionej przez naszą Alinę (jak na kopgoś, kto zapierał się rękami i nogami to chyba dużo, nie uważacie?). Mogliśmy powspominać poprzednie lata uwiecznione na zdjęciach i dzięki naszemu wolontariuszowi Jackowi oglądaliśmy je wyświetlane na tv, oraz pośmiać się ze zdjęć robionych już na imprezie. Było wesoło, oj było! Śpiewy, tańce, toasty, jak przystało na 80-te urodziny, hucznie!
Wszyscy najedzeni (choć na stołach mało ubyło) a nasz Solenizant jakoś się nie kwapi do wyjścia? Co prawda, nasi Gospodarze mówią, że możemy tak do środy, w czwartek nas będą powoli wyganiać, ale nie ma co nadużywać gościnności. A po tak długim nie wychodzeniu z domu, to duży wysiłek dla chorego (no i było się tak upierać?).
O tych urodzinach jeszcze długo rozmawiamy na kolejnych wizytach, zbierając wyrazy uznania przesyłane przez Rodzinę naszego chorego, ale to wszystko dzięki Bogu, wszak nasze plany nie zawsze są zgodne z planami Szefa! I oby nasz dobry Pan Bóg pozwolił na kolejne tak miłe uroczystości!
Z pierwszej ręki
wasz okrąglutki
wolontariusz hospicyjny
Monika Wężyk
Poniżej przedstawiamy wideo foto-montaż na 80 urodziny wykorzystując zdjęcia z wizyt u pana Tadeusza.
Zdjęcia z 80 urodzin pana Tadeusza prezentujemy w galerii foto. Zapraszamy
"...Jeżeli chcesz mnie naśladować, to weź swój krzyż na każdy dzień..."
Wszystko zaplanowane, można powiedzieć w najdrobniejszych szczegółach.
To będzie taki swoisty „dzień dziecka” tzn. 3 wizyty u naszych hospicyjnych dzieci. Wszystkie wizyty poza Radomiem, dopiero wieczorem u seniora- pana Tadeusza.
Wszystko zaplanowane, ale jak to mówią wojskowi: „Człowiek strzela, ale Pan Bóg kule nosi”, u nas można powiedzieć: „Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz...”
Doktor Maria dzwoni, że musi pojechać do chorej, która właśnie odchodzi. Skontaktowała się z rodzicami naszych małych podopiecznych telefonicznie. Nic niepokojącego się nie dzieje, więc jeśli zdąży to dojedzie a jeśli nie - umówi się na inny dzień.
Jadę z Marzeną i Anią, która choć akurat ma dzień wolny, zgodziła się zostać naszym kierowcą. Jedziemy jej samochodem.
Drzwi otwiera nam Mama 11-letniego Jasia. Chłopiec w swoim krótkim życiu przeszedł tyle, że aż się serce kraje, gdy się tego słucha. Przeżył duże komplikacje już po pierwszej chemii. Jego życie kilkakrotnie wisiało na włosku.
Jest wesołym chłopcem. Duże mądre, brązowe oczy, włosy zaczynają odrastać po chemioterapii. Nie lubi hałasu (ból głowy), kiedy się porusza, czasami jakby się lekko chybotał. Jest troszkę zawiedziony, że nie ma doktor. Z moich obserwacji wynika, że bardzo polubił naszą lekarkę! Za to Piotruś, jego 6- letni brat, chwali się specjalnym opowiadaniem, które podyktował Mamie, o smoku. Podobno chłopcy bardzo się cieszą na nasz przyjazd. Piotruś nawet sprząta z ławy, żebyśmy mogli się bawić. Ciepło się robi na sercu, że tak jesteśmy potrzebni my, zwykli wolontariusze! W sumie nie robimy nic nadzwyczajnego, ale skoro okazanie trochę zainteresowania, zabawa, śmiech są tak potrzebne, to… Gramy więc w Monopol. Chłopcy objaśniają reguły gry, dowiadujemy się w co iwestować. Fajnie jest słuchać takich mądrości z ust tych Maluchów. Co dobre, szybko się jednak kończy. Żegnamy się z Rodziną, ale gdzie jest Piotruś? Siedzi ze spuszczoną głową i założonymi na piersi rękami. Coś się stało? Po prostu nie chce nas puścić! Kochany Maluch!
Trochę zajmuje nam dotarcie do Wieniawy. Za „gps-a” służy tym razem Duch Święty, doktor Maria (instrukcje przez telefon) i dobrzy ludzie spotkani po drodze. Razem z Marzeną jesteśmy tu pierwszy raz. Od razu „ląduje” na mych rękach nasze kolejne dziecko, Martynka. Urodziła się z poważnym uszkodzeniem mózgu. Nie wiadomo czy widzi, ma dwa aparaty słuchowe, nie ma odruchu ssania. Do tej pory była karmiona przez sondę, teraz ma założoną gastrostomię tj. rurkę do żołądka, przez skórę brzucha. Czuje się przyjazną atmosferę, jednak boję się pytać, żeby czymś nie urazić Mamy. Ostatnio w szkole miałam zajęcia, na których się mówiło o tym, że aborcja ze względów społecznych, zdrowotnych, powinna być dopuszczalna, więc pytam Mamę Martynki, czy mając tak chorą córeczkę, nie chcieli Jej zostawić? Odpowiada ze łzami w oczach, że czekali na dziecko 10 lat, więc jak by mogli teraz Ją zostawić? Mówi, że powoli się dowiadywali o kolejnych chorobach, więc mieli czas, żeby się z tym oswoić, ale i tak ogrom nieszczęścia jest wielki! I tak sobie myślę, że tyle zdrowych dzieci zabija się tylko dlatego, że są nie chciane! Tym większa chwała dla Rodziców naszych dzieci! Zostawiam Mamie książkę o którą prosiła, o umieraniu dzieci. Jesteśmy też świadkami fachowej zmiany opatrunku. Ufam, że jeszcze się zobaczymy!
Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa, gdzie czeka na nas Dominik. Pewnie się zastanawiacie: „Dlaczego Pan Bóg dopuszcza takie cierpienie na niewinne dzieci?” Ja też to pytanie sobie zadawałam. Otóż ks. Pawlukiewicz w audycji radiowej (Radio Plus) wyjaśnia, że nie zawsze jest tu „wina „ Boga. Czasami sami rodzice są winni, czasem lekarz, a czasem? Cierpienie jest wpisane w życie człowieka. Jest to nasza droga do Zbawienia. A my mówimy: „Jacy oni biedni!” A czy nie bardziej biedni są ci rodzice, którzy zabijają własne dzieci? Zresztą Mama Dominika kiedyś powiedziała, że gdyby nie choroba Syna, prawdopodobnie byłoby inaczej, gorzej. Ten dom i ta Rodzina to naprawdę fantastyczny przykład dla nas! Tu w centrum nie stoi telewizor! Tu najważniejszy jest drugi człowiek i Chrystus w ciele małego Dominika. Odbieramy też pisanki, które udekorowała dla nas Wiktoria, Jego siostra.
W innej audycji w Radiu Maryja, ksiądz, który pracuje w szpitalu onkologicznym przy dzieciach, powiedział, że Św. Faustyna zapytała Jezusa o cierpienie dzieci. Pan Jezus się zasmucił i powiedział: „Dzięki takim dzieciom świat jeszcze istnieje!” Okrutne, prawda? Ale czy nie powinno nam dać do myślenia i do działania? Dobrego działania?
Czytam ostatnio Dzienniczek s. Faustyny i wierzę w ogromne Miłosierdzie Boże i wierzę w to, że Jezus jest w każdym z tych domów, jeśli jego domownicy nie zamkną Mu drzwi, bo to ogromne obciążenie żyć na co dzień ze świadomością bliskiej śmierci swojego dziecka! Ale jakie ogromne świadectwo dla nas!
I jeszcze taka myśl z ostatniej chwili. Na jednej z ostatnich wizyt u chorej, córka naszej podopiecznej powiedziała, że podczas rozmów w pracy wszyscy mówią, że nie opiekowaliby się swoimi rodzicami. Po prostu by oddali! Tylko gdzie?!
Wieczór. Doktor Marysia odprowadziła chorą, wspierała zagubioną Rodzinę.
Spotkałyśmy się u pana Tadzia, mojego hospicyjnego Dziadka. Ma coraz większe problemy z chodzeniem. Badanie, opukiwanie, wypisanie recept, ale też wysłuchanie bolączek (zawsze to jakoś lżej), opowieści o tym, co u nas i jak zwykle kolacja, bo od Dziadka nie można wyjść głodnym.
Kolejny dzień hospicyjny za mną.
„Jaki był ten dzień, co darował, co wziął.
Czy mnie wyniósł pod niebo czy zrzucił na dno.
Jaki był ten dzień, czy coś zmienił, czy nie.
Czy był tylko nadzieją na dobre i złe?”
Dziękują Panie Jezu Miłosierny za ten dzień i za te nasze Rodziny. I proszę wspieraj ich na tej trudnej drodze do Zbawienia, bo przecież „ Zbawienie przyszło przez krzyż!”
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Ksiądz Dolindo Ruotolo, świątobliwy kapłan urodzony w Neapolu, cieszył się wielkim szacunkiem ojca Pio, który zwykł mawiać do przybywających do San Giovanni Rotondo Neapolitańczyków: „Macie księdza Dolindo, po co do mnie przychodzicie?”. Pozostawił on akt oddania Jezusowi, a właściwie zapis słów przez Niego wypowiedzianych - podobnie jak zapisywała je s. Faustyna. Cały tekst tchnie nawoływaniem do dziecięcej ufności:
„Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie Mi troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, że każdy akt prawdziwego, ślepego i całkowitego oddania się Mnie rozwiązuje trudne sytuacje. Oddanie się Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, abym podążał za wami. Oddanie się, oznacza zamianę niepokoju na modlitwę. Oddanie się oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od udręki i poddanie się Mnie, bo tylko dzięki Mnie poczujecie się jak dziecko uśpione w objęciach matki, gdy pozwolicie, abym mógł przenieść was na drugi brzeg.
To co wami wstrząsa, co was boli bezgranicznie te wasze wątpliwości, wasze przemyślenia, wasze niepokoje i chęć przedsięwzięcia odpowiednich kroków za wszelką cenę, aby zapobiec temu, co was trapi.
Czegóż nie dokonuję, gdy dusza, tak w potrzebach duchowych jak i materialnych, zwraca się do Mnie, patrzy na Mnie mówiąc: „TROSZCZ SIĘ TY", zamyka oczy i uspokaja się! Dostajecie niewiele łask, kiedy się męczycie i dręczycie, aby je otrzymać; otrzymujecie ich bardzo dużo, kiedy modlitwa jest pełnym oddaniem się Mnie. W cierpieniu prosicie, żebym oddalił je od was, ale w taki sposób, jaki wy sobie tego życzycie...
Zwracacie się do Mnie, ale chcecie, bym to ja dostosował się do waszych planów. Nie bądźcie jak chorzy, którzy proszą lekarza o kurację, ale sami mu ją podpowiadają. Nie postępujcie tak, lecz módlcie się, jak was nauczyłem w modlitwie „Ojcze nasz”: „Święć się imię Twoje”, to znaczy bądź uwielbiony w tej mojej potrzebie; „Przyjdź Królestwo Twoje”, to znaczy niech wszystko przyczynia się do chwały Królestwa Twojego w nas i na świecie; „Bądź wola Twoja” to znaczy Ty decyduj. Ja wkroczę z całą Moją wszechmocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. Czy widzisz, że nieszczęścia następują jedne po drugich, że sytuacja wciąż się pogarsza, zamiast się poprawiać? Nie przejmuj się, zamknij oczy i powiedz Mi z ufnością: „Bądź wola Twoja, troszcz się Ty”. Powiadam ci, że się zatroszczę, że interweniuję jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dostrzegasz, że stan chorego się pogarsza? Nie przerażaj się, ale zamknij oczy i powiedz: „Troszcz się Ty”. Zapewniam cię, że się zatroszczę.
Sprzeczne z oddaniem się Mnie jest zamartwianie się, niepokój, chęć rozmyślania o konsekwencjach zdarzenia. Przypomina to zamieszanie spowodowane przez dzieci, które domagają się, aby mama troszczyła się o ich potrzeby, a jednocześnie wszystko chcą zrobić samodzielnie, utrudniając swymi pomysłami i kaprysami jej pracę. Zamknijcie oczy i pozwólcie się ponieść nurtowi Mojej Łaski, zamknijcie oczy i pozwólcie Mi działać, zamknijcie oczy i nie myślcie o chwili obecnej, odwróćcie myśli od przyszłości jako od pokusy.
Oddajcie się Mnie, uwierzcie w Moją dobroć, a przysięgam wam na Moją Miłość, że kiedy z takim zamiłowaniem mówicie: „Troszcz się Ty”, Ja w pełni się zatroszczę, pocieszę was, wyzwolę i poprowadzę. A gdy zmuszony jestem poprowadzić was drogą odmienną od tej, jaką widzielibyście dla siebie, wówczas pouczam was, noszę w moich ramionach, bo nie istnieje skuteczniejsze lekarstwo nad interwencję Moją Miłością. Jednak troszczę się tylko wtedy, kiedy zamkniecie oczy.
Jesteście bezsenni, wszystko chcecie oceniać, wszystkiego dociec, o wszystkim myśleć i w ten sposób zawierzacie siłom ludzkim, albo jeszcze gorzej - ludziom, pokładając zaufanie w ich interwencję. A to właśnie stoi na przeszkodzie Moim słowom i Moim zamiarom. O! Jak bardzo pragnę tego waszego całkowitego oddania się Mnie, abym mógł was obdarować i jakże smucę się widząc, że jesteście niespokojni!
Szatan do tego właśnie zmierza: aby was podburzyć, by oddzielić was ode Mnie i od Mojego działania i rzucić na pastwę ludzkich poczynań. Przeto ufajcie tylko Mnie, spocznijcie we Mnie, oddajcie Mi się we wszystkim. Czynię cuda proporcjonalnie do waszego pełnego oddania się Mnie, a nie do waszego zaufania w was samych. Wylewam na was skarby łask, kiedy znajdujecie się w całkowitym ubóstwie!
Jeżeli macie swoje zasoby, nawet niewielkie lub staracie się je posiąść, pozostajecie w naturalnym obszarze, a zatem podążacie za naturalnym biegiem rzeczy, który jest często utrudniany przez szatana. Żaden człowiek rozumujący i rozważający tylko według logiki ludzkiej nie czynił cudów, nawet spośród Świętych.
Na sposób Boski działa ten, kto odda się Bogu. Kiedy widzisz, że sprawy się komplikują, powiedz z zamkniętymi oczami duszy: „Jezu, troszcz się Ty!”. I odwróć swoją uwagę w inną stronę, bo dociekliwość twego umysłu utrudnia ci dostrzeżenie zła. Zawierzaj Mi często nie skupiając uwagi na samym sobie. Czyń tak we wszystkich swoich potrzebach. Czyńcie tak wszyscy, a zobaczycie wielkie, nieustanne i ciche cuda. To wam poprzysięgam na Moją miłość. Zapewniam was, że Ja się zatroszczę.
Módlcie się zawsze z tą gotowością do oddania się Mnie, a zawsze będziecie odczuwać wielki spokój ducha i osiągać znaczne korzyści, również wtedy, gdy udzielam wam łaski ofiary, zadośćuczynienia i miłości, która nakłada na was cierpienie. Wydaje to ci się niemożliwe? A zatem zamknij oczy i powiedz całą swoją duszą: „Jezu, troszcz się Ty!”. Nie lękaj się, ja się zatroszczę.
A ty błogosławić będziesz Imię Moje, nie dbając o siebie samego. Twoje modlitwy nie mają takiej wagi, jak ten akt pełnego ufności oddania się Mnie; zapamiętaj to sobie dobrze. Nie ma skuteczniejszej Nowenny od tej: „Och Jezu, oddaję się Tobie, troszcz się Ty”.
„Oddaj się Mojemu Sercu... a zobaczysz”.
Chcę, żebyś wierzył w Moją wszechmoc, a nie w twoje poczynania, żebyś pozwolił działać Mnie, a nie innym. Szukaj Mojej bliskości, spełń Moje pragnienie posiadania cię, wzbogacenia i kochania tak, jak tego chcę. Zapomnij się, pozwól, abym spoczął w tobie, pozwól, aby Moja wszechmoc nieustannie znajdowała w tobie ujście.
Jeśli pozostaniesz blisko Mnie, nie będziesz się martwił, że działasz samodzielnie, że żyjesz w ciągłym pośpiechu po to, żeby ci się udało, żeby stwierdzić, że coś zrobiłeś, udowodnisz Mi, iż wierzysz, że jestem wszechmogący, a Ja intensywnie będę pracować z tobą: kiedy będziesz mówił, chodził, pracował, modlił się lub spał, bo „moim umiłowanym dam to, czego potrzebują nawet gdyby byli jak we śnie” (Psalm 12-6). Jeśli będziesz ze Mną i nie będziesz się chciał spieszyć, ani nie będziesz się martwił o nic dla siebie, a zwrócisz się do Mnie z bezgranicznym zaufaniem, dam ci wszystko, czego będziesz potrzebował, zgodnie z Moim zamysłem wiecznym. Dam ci uczucia, których wymagam od ciebie, dam ci ogromne współczucie dla bliźniego i spowoduję, że będziesz mówił i czynił to, co Ja będę chciał. Wówczas twoje działanie pochodzić będzie z Mojej Miłości. Tylko Ja, a nie ty wraz ze wszystkimi twoimi poczynaniami stworzę nowe dzieci, które zrodzą się ze Mnie. Stworzę ich tym więcej, im bardziej będziesz chciał się stać moim prawdziwym synem, jak mój Jednorodzony. Albowiem wiesz, że „jeśli wypełnisz Moją wolę, będziesz Mi bratem, siostrą i matką”, pozwalając mi, abym zrodził się w innych, bo Ja stworzę nowe dzieci, posługując się prawdziwymi dziećmi. Twoje poczynania dążące do osiągnięcia celu to tylko pozory w stosunku do tego, czego Ja dokonuję w tajemnicy serc tych, którzy kochają. „Trwajcie w Miłości Mojej... jeśli trwać będziecie we Mnie i trwać będą w was Moje Słowa, proście o cokolwiek byście chcieli, a będzie wam dane” (Jan 15).
Z: „Nazwałem się Dolindo, to znaczy boleść”. Autobiografia kapł. Dolindo Ruotolo, (1882-1970) tercjarza franciszkańskiego, który został przeniesiony i pochowany w parafii MB Niepokalanej z Lourdes i św. Jana dei Vecchi w Neapolu. Więcej na Wikipedia >>>
;



















