Kolejna sobota
Umawiam się z doktor Marią na sobotę, ponieważ będzie u naszych chorych dzieci, u których już dawno nie byłam. Jeszcze do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy brać ten dyżur, bo biorąc go, musiałam odłożyć wiele innych spraw na później. No trudno, ludzie ważniejsi.
5:20 pobudka i pedzę do pracy. Doktor razem z pielęgniarką Basią ma podjechać po mnie. Przedzieramy się przez trochę już zakorkowany Radom i kierujemy się na Wieniawę, gdzie czekają na nas rodzice z Martynką. Widok takiej dużej naszej Pociechy uświadamia mi, jak dawno już tu nie byłam. Nasza Dziecina czuje się dobrze (jeśli tak można wogóle powiedzieć). Jest w ramionach Taty, gdzie najbezpieczniej i nie przejmując się gośćmi poprostu idzie spać.
Doktor wysłuchuje relacji z wizyty w szpitalu, przegląda leki i nowe mleczko (chora jest karmiona przez gastrostomię, taki "grzybek"prosto do żołądka). Potem, przed podaniem jedzonka, bada Martynkę z każdej możliwej strony. Nasza podopieczna nie ma odruchu ssania, ale dostaje też trochę pokarmu do buzi. Niestety są już widoczne różnice w rozwoju miedzy Nią a dziećmi w Jej wieku. Choć urosła, nie siedzi sama, jest jakby w swoim świecie. Zostaję opluta papką (to pewnie za karę!) Z jedzeniem schodzi bardzo długo, ale Martyna jest otoczona ogromną miłością swoich Rodziców! Dziękuję Ci Panie Boże za Nich!
Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa. Podziwiamy po drodzę piękną jesień jadąc przez las. I znów zmiany. Nowa brama, trochę więcej siwych włosów na głowie pana Sławka i Wiktoria już pannica. Jesteśmy witane jak członkowie rodziny. Uśmiecham się na wspomnienie całej sceny, kiedy pan Sławek razem z córką pokazywali nam swoje zakupy, buty, płaszcz, nowe łóżko. Przez te wszystkie lata (to już chyba 5) nawiazała się miedzy nami przyjaźń i wzajemne zaufanie. Nasz Dominik też oczywiście urósł. Nasze medyczne zmieniły Mu rurkę tracheotomijną. Miło upływał czas przy herbacie i dobrym cieście (muszę kiedyś pospisywać te przepisy i zrobić taki kacik kulinarny na naszej stronie. Co Wy na to?) "Fundujemy" sobie też podróż do szczecińskiego hospicjum (dawne hospicjum ks. Marka ) i odbywamy wirtualny spacer po nim. I jak przystało na dobrą Rodzinę, zostajemy obdarowane jabłkami i orzechami. Czas w drogę.
Okazuje się, że jest jeszcze jedna wizyta. Basia musi coś załatwić, a ja? No cóż, jak już dyżur, to do końca. "Wyrzucamy" pielęgniarkę po drodze i jedziemy do pana Rajmunda. Jestem tu pierwszy raz, więc troche jestem onieśmielona tym bardziej, że w momencie, gdy Rodzina dowiedziała się, że ja to ja, rozległ się ogromny okrzyk: " A to to jest ten korespondent hospicyjny!"( przez wrodzoną skromność pominę milczeniem rumieniec na moim policzku).
Nasz chory został właśnie przetransportowany do łazienki. Piszę przetrasportowany, bo przewieziony na wózku z jednoczesnym podłączeniem do tlenu ( rak tarczycy). Kiedy zostaje przywieziony ponownie do pokoju, musi upłynąć dużo czasu zanim odrobinę doszedł do siebie
i unormował się oddech. Kiedy nam nic nie doskwiera, nie zdajemy sobie sprawy, jaką trudność mogą przysporzyć codzienne, najzwyklejsze czynności. Dla chorego taki spacerek, to jak wejście na Mont Ewerest! Doktor jest tu codziennie. Jak mówi, chory boi się śmierci a przy nas czuje się bezpieczniej. Choć pan Rajmund mówi, że dzień był nawet niezły, jakoś nie ma ochoty na rozmowę. Uśmiecha się tylko słysząc rozmowę najbliższych. Siedzę na wprost Nich i obserwuję i cieszę się się, że wziełam ten dyżur dziś, bo mogłam niemal namacalnie dotknąć miłości. Miłości rodzicielskiej, małżeńskiej, rodzinnej.
Pan Rajmund dał doktor jutro wolne przy niedzieli. Nawet została przybita "piątka". Chory jednak nie dotrzymał danego słowa (choć nie było w tym Jego winy). W niedzielę następnego dnia dostaję sms o treści: "Pan Rajmund odszedł o 8 45".
"Pewien książę rzekł kiedyś: sercem szukać trzeba
Kto spoglądać nim umie temu obca bieda.
Choćbym wszystko więc stracił z dotykalnych rzeczy
Nie przeklnę tego świata, nie będę złorzeczył.
Dopóki bowiem kocham i jestem kochany
Bez wartości są dla mnie pozłacane ściany.
A gdy kiedyś mnie wezmą na spacer daleki
Dostojnie chciałbym kroczyć, nie jak kto kaleki.
Przeto błędy naprawię, nowych nie popełnię
Aby porwać mnie mogły pokoju gołębie>"
"Mały rycerz" D. Zastawny
Cóż mogę powiedzieć? Do zobaczenia panie Rajmundzie. Mam nadzieję, że wszyscy się spotkamy tam, po drugiej stronie. Czego sobie i Wam życzę!
Wasz korespondent hsospicyjny
Monika Wężyk
Pani Asia zakończenie
Od jakiegoś czasu nasi podopieczni zostają sami na noce. Pan Krzyś już ledwo chodzi. Któregoś dnia po zmianie opatrunku na pięcie, żegnam się z Nim mówiąc: "Proszę się trzymać dzielnie!". "Tak Monisiu, trzymać się". Spoglądam na Niego i mówię: "Łatwo powiedzieć, nie?" "Oj, łatwo się mówi. Ja już nie mam siły. Jestem przygotowany..."
Trwają poszukiwania opiekunek za pieniądze na weekendy. Jedna z nich, wydawałoby się odpowiedzialna osoba, nie dość, że nie przyszła, to nie zadzwoniła i nie dała znaku życia. A pan Krzyś chcąc wstać w nocy z łóżka, wylądował na podłodze, bo nogi odmówiły posłuszeństwa. I tak leżał do rana płacząc z bólu, dopóki nie przyszła rano opiekunka. Trudno, nie mogę ich zostawić samych, zostaję na noc. Jest noc z niedzieli na poniedziałek.
Śpię na materacu, nie chcąc hałasować rozkładaniem łóżka. Drzwi uchylone żebym tylko usłyszała jak będę potrzebna. Budzę się na każdy szelest, nawet gdy wyłącza się lodówka. Wstaję w nocy raz, bo pan Krzyś chce do toalety, ale ma założonego pampersa na szczęście. Wychodzę po godz. 6-j rano upewniwszy się, że nic się nie dzieje, życząc pani Asi dobrego dnia i pędzę do pracy. Następne noce obstawiane są kolejno przez panią Jadzię, nasze wolontariuszki, córkę, brata chorego. Od poniedziałku z dnia na dzień jest coraz gorzej. Bez koncentratora tlenu już się nie da, czasem utrudniony kontakt, boli całe ciało.
14.10.2011- piątek. Przychodzimy jak zwykle wykąpać panią Asię. Jest zdenerwowana, bo zbliża się kolejny weekend. Rodzina powiedziała, że musi odpocząć... Dzwonimy z Moniką do kogo się da, żeby ustalić dyżury na noce i dni. W ostatniej chwili łapiemy naszą wolontariuszkę Basię. Zgadza się się przyjść na noc.W sobotę rano z drugiego końca miasta jedzie nasza pielęgniarka Stasia. Mamy ją zmienić o 13.30 razem z Edytą.
U chorego od rana "gorąca linia". Doktor Maria chora, więc porozumiewamy się z nią telefonicznie. Mimo podawanych leków przeciwbólowych chory jęczy z bólu przy każdym poruszeniu. Wymianę pampersa i mokrej koszulki robimy najdelikatniej jak się tylko da. (dzięki Ci Panie za podsunięcie myśli o Stasi, bez której byśmy sobie nie poradziły!). Stasia zostaje z nami aż do g.16-j! Zostawiam na chwilę dziewczyny i lecę do domu coś zjeść. Wracam o 16.30. Tak się umówiłam z Edytą, że gdy wrócę, ona pojedzie do domu, bo również jest prosto z pracy. Temperatura chorego wzrasta do 39,1. Ustalamy z Edytą, że razem z Panią Asią odmówimy przy łóżku Koronkę i ona pojedzie, a ja zadzwonię po córkę, żeby wcześniej przyjechała (miała zostać na noc). Przez telefon jeszcze uzgadniam z doktor co podać i jak, wszak chory ma problem
z połykaniem, zaczął też inaczej oddychać, jeczeć. W tym momencie pan Krzyś jakby trzy razy kichnął i... przestał oddychać. Twarz momentalnie się zmieniła, wydłużyła i nabrała koloru ziemistego. Zaczęłyśmy odmawiać Koronkę, dołączyła do nas pani Asia. Nie mogłam w to uwierzyć! Pani Asia zaczęła płakać. Uspokoiłam ją szeptem, bo chory jakby ją usłyszał i zaczął znów oddychać (koncentrator był cały czas podłączony). Głosy nam drżały. Przez cały czas miałam w myśli te słowa Pana Jezusa, który obiecał s.Faustynie, że sam przyjdzie w godzinie śmierci, gdy będzie odmawiana Koronka przy umierającym.
Edyta zamknęła oczy chorego, mówiąc jednocześnie do pana Krzysia tak, jakby ją jeszcze słyszał. Przeszło mi przez myśl, że to może za wcześnie, nadal nie mogłam w to uwierzyć! Ale nie oddychał. Wyłączyłam koncentrator. Córka przyjechała za chwilę, nie zdążyła a zabrakło kilku minut. Była 16.45.
"Piszę, bo tak mi smutno.
Nie ujrzę cię dziś ani jutro.
Zaczynając me pisanie,
daję ci dłoń na powitanie.
Nie dam jednej- dam ci obie,
bo jestem w żałobie po tobie!"
"Pożegnanie Marii K."
Natalia Paliwoda
Razem z Moniką i córką ubrałyśmy zmarłego. Pani doktor, sama ledwo żywa, przyjechała stwierdzić zgon.
Panie Krzysiu, naprawdę starałyśmy się ulżyć panu w cierpieniu i wszystko robić bardzo delikatnie. Był pan bardzo dzielny! Do zobaczenia w Niebie! Mam nadzieję, że kiedyś do Pana dołączę, ja, taki mały wolontariuszek (w tym momencie trzeba dodać: zapłakany).
I tak się kończy ta smutna historia, ktora zaczęła się 4 lata temu opieką nad panią Asią. Tzn kończy się tylko część, bo zostaje osamotniona pani Asia.
"...I nawet, gdy nie ma tych, których kochamy,
W pamieci na zawsze zostają.
Nieziemską mądroscią, wciąż dzielą się z nami,
I wiemy, że na nas czekają."
"To jest życie"
Anna Kowalik
wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
PS.
Ogromne wyrazy wdzieczności dla wszystkich, którzy odwiedzili ten dom, którzy wspomagali modlitwą. Moję podziękowania też dla Edyty, która była tu pierwszy raz i choć jest z nami od niedawna, spisała się na medal w tej trudnej chwili. Pan Krzyś był pierwszym chorym, który odszedł przy niej! (przeszła tzn. "chrzest bojowy")
Pan Tadeusz
" Oto jest dzień, który dał nam Pan..."
Na ten właśnie dzień czekaliśmy rok, tzn. od roku czasu snuliśmy plany, jak to zrobić? Choć i tak decyzja ostateczna należy zawsze do Szefa, to musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Jak to nasz podopieczny mówi: "Tylko raz ma się 80-te urodziny!".
Przez ten rok wiele się działo z naszym Chorym, poważne kłopoty z sercem, krążeniem. Im bliżej tego dnia, tym stan był gorszy.
Jak to u nas w hospicjum bywa, mieliśmy zrobić imprezę plenerową w naszej "posiadłości", jednak pogoda mogła spłatać nam figla, dlatego musieliśmy wymyśleć coś innego.
Wszystko przygotowane (oczywiście bez stresu się nie obyło), goście zaproszeni i nadszedł upragniony dzień 31. 07. 20011 r.
Spotykamy się wszyscy, tzn. Rodzina, znajomi, przyjaciele i wolontariusze hospicjum w naszym małym kościele na ul. Młodzianowskiej 124 o godz. 14 30. Pan Tadzio, jako, że nie ma ogromne kłopoty z chodzeniem, zostaje przywieziony żółtą karetką a z niej specjalnym wehikułem najnowszej generacji czyli, wózkiem inwalidzkim (i jeden kłopot z głowy). Eucharystia była uroczysta, kazanie specjalne na tę okazję a na koniec wspólne zdjęcie i ... w drogę!
Czym się da i jak się da, jedziemy do Baru Pokusa, gdzie nasi przyjaciele Leszek i Agnieszka już na nas czekają.
Wszyscy do stołu, a nasz uparty Solenizant co? Nie usiądzie do stołu i nie będzie nic jadł, bo lubi tylko domowe jedzenie! Powoli jednak dał się przekonać i jak się okazało, zjadł talerz flaków, kurczaka w warzywach, kawałek tortu i wypił lampkę szampana, oraz spróbował nalewki zrobionej przez naszą Alinę (jak na kopgoś, kto zapierał się rękami i nogami to chyba dużo, nie uważacie?). Mogliśmy powspominać poprzednie lata uwiecznione na zdjęciach i dzięki naszemu wolontariuszowi Jackowi oglądaliśmy je wyświetlane na tv, oraz pośmiać się ze zdjęć robionych już na imprezie. Było wesoło, oj było! Śpiewy, tańce, toasty, jak przystało na 80-te urodziny, hucznie!
Wszyscy najedzeni (choć na stołach mało ubyło) a nasz Solenizant jakoś się nie kwapi do wyjścia? Co prawda, nasi Gospodarze mówią, że możemy tak do środy, w czwartek nas będą powoli wyganiać, ale nie ma co nadużywać gościnności. A po tak długim nie wychodzeniu z domu, to duży wysiłek dla chorego (no i było się tak upierać?).
O tych urodzinach jeszcze długo rozmawiamy na kolejnych wizytach, zbierając wyrazy uznania przesyłane przez Rodzinę naszego chorego, ale to wszystko dzięki Bogu, wszak nasze plany nie zawsze są zgodne z planami Szefa! I oby nasz dobry Pan Bóg pozwolił na kolejne tak miłe uroczystości!
Z pierwszej ręki
wasz okrąglutki
wolontariusz hospicyjny
Monika Wężyk
Poniżej przedstawiamy wideo foto-montaż na 80 urodziny wykorzystując zdjęcia z wizyt u pana Tadeusza.
Zdjęcia z 80 urodzin pana Tadeusza prezentujemy w galerii foto. Zapraszamy
2 list do Boga
„Trwajcie mocni w wierze”
( Benedykt XVI)
„ Kochany Panie Boże!”
Piszę do Ciebie kolejny raz, bo mój ból jest wielki!
Dałeś mi takiego potężnego szturchańca, że czuję się cała obolała. No, ale należało mi się. Masz rację. Byłam za bardzo pewna siebie. A Ty przecież nie lubisz pyszniących się!
Ale wiesz co? Muszę Ci powiedzieć, że byłam na Ciebie zła i szczerze mówiąc jestem jeszcze teraz, kiedy piszę ten list.
To była ciężka noc. Odległe granice miasta, druga w nocy, na ulicach „szklanka”, ale i tak nie miałabym czym przyjechać, i co chwilę wieści od moich Przyjaciół, że są z Artkiem, że śpiewają Mu kołysanki, że trzymają Go za rękę kiedy nadchodzi kryzys. A ja co?! Siedzę bezczynnie. To co, że zmęczona, niewyspana, że powinnam odpocząć! Mój Przyjaciel odchodził! Dr Maria mówi przez telefon: „ Nie szalej!” A ja się miotam i nie wiem, co zrobić! Próbuję się modlić-nie pomaga, zasnąć- i co, jutro się obudzę, a Jego już nie będzie! Naprawdę, uważałam, że kiepski czas wybrałeś na wysłanie tego „zaproszenia do Nieba” dla Artka.
Zresztą prosiłam Cię o to, żebyś mi pozwolił być tam, kiedy będzie odchodził! Za słabo prosiłam? I wiesz dlaczego byłam jeszcze na Ciebie zła? Nie chcę Ci wypominać, tych Różańców i Koronek i Litanii, które tam były odmawiane, ale Ty jakbyś tego nie słyszał! Czułam się wtedy opuszczona i zapomniana przez Ciebie i taka bezradna, a przecież powiedziałeś: „ Proście, a otrzymacie!”
Nad łóżkiem Artka wisiał obraz przedstawiający Świętą Rodzinę i obrazek z napisem „Trwajcie mocni w wierze”. Przez te ostatnie dni często czytałam to zdanie i próbowałam trwać w wierze. Nie bałam się, trzymałam „fason” próbując podnieść Rodzinę na duchu uśmiechem. Coś jednak widzę, że jeszcze wiele mi brakuje. A najwięcej potrzeba mi chyba pokory!
Teraz mogę Ci już tylko podziękować za tę lekcję i prosić, żeby jeśli będą następne, nie były tak bolesne!
I dziękuję Ci za te wszystkie chwile spędzone z moim Przyjacielem. Tak wiele się od Niego nauczyliśmy. Wiesz, upłynęło dopiero kilka godzin, a ja już za Nim tęsknię i nie mogę powstrzymać łez (łez to za mało powiedziane, przez ten potok ledwo widzę klawisze komputera).
„ Życie nie ma sensu, gdy tracisz Przyjaciela,
dlatego warto Go mieć!”
(autor nieznany)
I tak się zastanawiam, czy to Niebo jest takie, jak opowiadałyśmy Artkowi? Ufam, że teraz jest już szczęśliwy, że już Go nic nie boli, ma tam dużo zwierząt, które tak kochał i może z nimi biegać i je głaskać!
I dziękuję Ci za nasz cały Zespół Hospicyjny do Zadań Specjalnych. To są prawdziwi Przyjaciele Artka ( oczywiście nie wyłączając psiaków: Beki, Azy i królika Megi, które wniosły tak wiele radości). No i wszyscy wolontariusze, bez których bym nic nie zrobiła. Naprawdę, duża buźka za Nich. Teraz dopiero dochodzi do mnie, że Twoja decyzja była słuszna. Ty najlepiej wiesz, co jest dla mnie dobre. Ale i tak prześladuje mnie myśl, że mogłam więcej (wiecznie mi mało!). I przekaż też Artkowi, że był dla nas niedoścignionym wzorem cierpliwości. I że wszystkie te wspomnienia zachowam głęboko w swoim sercu do końca życia. Wspomnienia o moim Przyjacielu- Artku, który zapewne zalicza się już do grona Twoich Aniołów. I żeby, tak jak ks. Robertowi obiecał zająć tam miejsce, nie zapomniał również o takim małym, ale głośnym wolontariuszu jak ja. A na koniec jeszcze jedna prośba. I to ogromna!
Martwię się o rodziców i braci Artka. Proszę, ześlij im Ducha Pocieszyciela. My nie damy rady sami zapełnić tej pustki, ale wierzę, że wspólnymi siłami nam się uda.
To był naprawdę dobry czas!
Jeszcze raz wielkie dzięki za wszystko. Mam nadzieję, że się na mnie nie pogniewałeś?
Uśmiecham się do Ciebie, choć jeszcze przez łzy.
Z wyrazami szacunku i oddania
Twój pogrążony w żałobie
Wolontariusz do zadań specjalnych
Monika Wężyk
/Z archiwum Moniki/
wrzesień 2007
Dominik i Weronika
„Nasze dobro jest tylko kroplą, ale bez tej kropli świat byłby gorszy”
Matka Teresa
Hospicjum Królowej Apostołów opiekuje się ludźmi w terminalnej fazie choroby nowotworowej, jedynie dzieci są z różnymi chorobami. Patryk, Kasia, Artur, Magda, a od niedawna Dominik i Weronika. Choć wszystkich chorych darzymy ogromną miłością i oddaniem, tak dla dzieci , jesteśmy w stanie „góry przenosić”! Nie wierzycie? A to?!
Wolontariuszka czuwa przez całą noc przy łóżku naszego Artka, który właśnie wrócił ze szpitala. Następnego dnia idzie rano do pracy a wysyła do mnie sms „...Ciekawe, co u Niego, czy lepiej oddycha? Nie wytrzymam tak długo bez wieści i bez kontaktu z Artkiem. Jeśli trzeba mogę iść tam znów na noc!”
Jest takie powiedzenie : „Całe życie z wariatami” a ja mówię: „Mam nadzieję, że całe życie z takimi„wariatami!”. Do 7,5 rocznego Dominika na pierwszą wizytę jedziemy akurat w sobotę wieczorem w składzie ks. Marek, dr Maria i ja. Jest to aż za Szydłowcem. Troszkę się boję tych odwiedzin. Zabieram ze sobą moich „pomocników” tzn. pana Bobra i małego psa Bernardyna, bo choć z Dominikiem nie ma kontaktu, to jest tam Jego siostra 10-letnia Wiktoria.
Rodzina trochę wystraszona. A mały Dominik wygląda...! Aż serce ściska! Ma sondę włożoną do buzi, jest bardzo wyniszczony przez chorobę, sama skóra i kości. Ma bardzo rzadką chorobę metaboliczną, która powoduje postępujące uszkodzenie układu nerwowego.
Mając utrudniony dostęp do profesjonalnej opieki medycznej, zapukali do naszych drzwi. Rzadko widzi się taką miłość i oddanie jaką okazują rodzice tego chorego dziecka! Mama przeprowadza tak poważne zabiegi jak zakładanie sondy, odsysanie itp. Tata tuli, głaszcze, przewija... I chyba Oni wiedzą najlepiej jeśli mówią, że świat byłby gorszy bez takich dzieci, bo to One pokazują, co jest w tym życiu tak naprawdę ważne.
Kiedy doktor z księdzem przeprowadzają wywiad z rodzicami, ja poświęcam uwagę Wiktorii.
Dziewczynka jest bardzo kochana przez domowników, którzy jednak nie mogą poświęcić Jej zbyt wiele czasu, ze względu brata.
Moi „pomocnicy” spełniają dobrze swoje zadanie, szczególnie pan Bóbr. Udaje nam się nawiązać kontakt. Dużo rozmawiamy, malujemy i właśnie teraz wychodzi zmęczenie całotygodniową pracą. Oczy same się zamykają. Ale przecież nie jestem tu dla siebie. Biorę się w garść, otwieram szerzej oczy i wciąż wymyślam nowe zabawy.
Wracam bardzo zmęczona, ale ze spokojnym sumieniem, że dałam z siebie wszystko! Na jednej z kolejnych wizyt jest z nami stomatolog, dr Monika i usuwa Dominikowi 7 zębów (bardzo konieczny zabieg). Później dołącza do naszego zespołu Ania i tak wspólnie staramy się ulżyć całej rodzinie.
A widzieliście kiedyś aniołka? Nie, nie takiego gipsowego lub na obrazie w kościele. Prawdziwego! Maleńki, trochę pulchniutki, kręcone jasne włosy i niebieskie oczy. Skrzydełka na czas obecności na ziemi, zostawiła w niebie. Weronika, bo tak ma na imię nasz aniołek ma 7 miesięcy. Urodziła się z pogłębiającą się wadą płuc. Serce nie dostając tyle tlenu ile potrzeba, również zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Weronika nie ma siły płakać, tylko pojękuje, a jedzenie to dla Niej duży wysiłek.
Jej rodzice muszą się borykać z wieloma trudnościami, sprawy urzędowe zajmują wiele czasu a tu trzeba jak nie do szpitala to do przychodni. A to, co ważne to, że są w miarę możliwości wszyscy razem. Razem z wolontariuszką Anią nie możemy oderwać od Niej wzroku, kiedy leżąc w objęciach swojego taty, łapczywie pije mleko.
Kiedy całuję Weronikę na pożegnanie w czółko, czuję Jej delikatną skórę. Dotyk ten robi na mnie duże wrażenie. Jeszcze wtedy nawet nie przypuszczam, że to jest nasze pożegnanie. Po niecałym tygodniu dostaję wiadomość, że Matka Boża zabrała swojego aniołka do nieba 3.05.2007. I choć stale sobie tłumaczę, że teraz już nie cierpi i jest szczęśliwa, to nie mogę powstrzymać łez.
Czemu Panie Boże pozwalasz na to!? Czy warto było dawać tym młodym ludziom nadzieję, a teraz ją tak brutalnie zabrać!?- nie uzyskuję odpowiedzi.
Teraz musimy otoczyć opieką rodzinę (i was też proszę o modlitwę za Nich), bo jeśli my płaczemy, to co dopiero Oni? Dziękuję Boże za to, że mogłam spotkać tu na ziemi aniołka. Dziękuję za ten dotyk. Żałuję tylko, że to był dla mnie tylko raz. Weroniko, nasz mały, kochany aniołku, wspieraj nas tam z góry w tej naszej ciężkiej posłudze tym bardziej, kiedy jedziemy do dzieci.
Wasz zapłakany
Korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Dzieciaki
"...Jeżeli chcesz mnie naśladować, to weź swój krzyż na każdy dzień..."
Wszystko zaplanowane, można powiedzieć w najdrobniejszych szczegółach.
To będzie taki swoisty „dzień dziecka” tzn. 3 wizyty u naszych hospicyjnych dzieci. Wszystkie wizyty poza Radomiem, dopiero wieczorem u seniora- pana Tadeusza.
Wszystko zaplanowane, ale jak to mówią wojskowi: „Człowiek strzela, ale Pan Bóg kule nosi”, u nas można powiedzieć: „Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz...”
Doktor Maria dzwoni, że musi pojechać do chorej, która właśnie odchodzi. Skontaktowała się z rodzicami naszych małych podopiecznych telefonicznie. Nic niepokojącego się nie dzieje, więc jeśli zdąży to dojedzie a jeśli nie - umówi się na inny dzień.
Jadę z Marzeną i Anią, która choć akurat ma dzień wolny, zgodziła się zostać naszym kierowcą. Jedziemy jej samochodem.
Drzwi otwiera nam Mama 11-letniego Jasia. Chłopiec w swoim krótkim życiu przeszedł tyle, że aż się serce kraje, gdy się tego słucha. Przeżył duże komplikacje już po pierwszej chemii. Jego życie kilkakrotnie wisiało na włosku.
Jest wesołym chłopcem. Duże mądre, brązowe oczy, włosy zaczynają odrastać po chemioterapii. Nie lubi hałasu (ból głowy), kiedy się porusza, czasami jakby się lekko chybotał. Jest troszkę zawiedziony, że nie ma doktor. Z moich obserwacji wynika, że bardzo polubił naszą lekarkę! Za to Piotruś, jego 6- letni brat, chwali się specjalnym opowiadaniem, które podyktował Mamie, o smoku. Podobno chłopcy bardzo się cieszą na nasz przyjazd. Piotruś nawet sprząta z ławy, żebyśmy mogli się bawić. Ciepło się robi na sercu, że tak jesteśmy potrzebni my, zwykli wolontariusze! W sumie nie robimy nic nadzwyczajnego, ale skoro okazanie trochę zainteresowania, zabawa, śmiech są tak potrzebne, to… Gramy więc w Monopol. Chłopcy objaśniają reguły gry, dowiadujemy się w co iwestować. Fajnie jest słuchać takich mądrości z ust tych Maluchów. Co dobre, szybko się jednak kończy. Żegnamy się z Rodziną, ale gdzie jest Piotruś? Siedzi ze spuszczoną głową i założonymi na piersi rękami. Coś się stało? Po prostu nie chce nas puścić! Kochany Maluch!
Trochę zajmuje nam dotarcie do Wieniawy. Za „gps-a” służy tym razem Duch Święty, doktor Maria (instrukcje przez telefon) i dobrzy ludzie spotkani po drodze. Razem z Marzeną jesteśmy tu pierwszy raz. Od razu „ląduje” na mych rękach nasze kolejne dziecko, Martynka. Urodziła się z poważnym uszkodzeniem mózgu. Nie wiadomo czy widzi, ma dwa aparaty słuchowe, nie ma odruchu ssania. Do tej pory była karmiona przez sondę, teraz ma założoną gastrostomię tj. rurkę do żołądka, przez skórę brzucha. Czuje się przyjazną atmosferę, jednak boję się pytać, żeby czymś nie urazić Mamy. Ostatnio w szkole miałam zajęcia, na których się mówiło o tym, że aborcja ze względów społecznych, zdrowotnych, powinna być dopuszczalna, więc pytam Mamę Martynki, czy mając tak chorą córeczkę, nie chcieli Jej zostawić? Odpowiada ze łzami w oczach, że czekali na dziecko 10 lat, więc jak by mogli teraz Ją zostawić? Mówi, że powoli się dowiadywali o kolejnych chorobach, więc mieli czas, żeby się z tym oswoić, ale i tak ogrom nieszczęścia jest wielki! I tak sobie myślę, że tyle zdrowych dzieci zabija się tylko dlatego, że są nie chciane! Tym większa chwała dla Rodziców naszych dzieci! Zostawiam Mamie książkę o którą prosiła, o umieraniu dzieci. Jesteśmy też świadkami fachowej zmiany opatrunku. Ufam, że jeszcze się zobaczymy!
Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa, gdzie czeka na nas Dominik. Pewnie się zastanawiacie: „Dlaczego Pan Bóg dopuszcza takie cierpienie na niewinne dzieci?” Ja też to pytanie sobie zadawałam. Otóż ks. Pawlukiewicz w audycji radiowej (Radio Plus) wyjaśnia, że nie zawsze jest tu „wina „ Boga. Czasami sami rodzice są winni, czasem lekarz, a czasem? Cierpienie jest wpisane w życie człowieka. Jest to nasza droga do Zbawienia. A my mówimy: „Jacy oni biedni!” A czy nie bardziej biedni są ci rodzice, którzy zabijają własne dzieci? Zresztą Mama Dominika kiedyś powiedziała, że gdyby nie choroba Syna, prawdopodobnie byłoby inaczej, gorzej. Ten dom i ta Rodzina to naprawdę fantastyczny przykład dla nas! Tu w centrum nie stoi telewizor! Tu najważniejszy jest drugi człowiek i Chrystus w ciele małego Dominika. Odbieramy też pisanki, które udekorowała dla nas Wiktoria, Jego siostra.
W innej audycji w Radiu Maryja, ksiądz, który pracuje w szpitalu onkologicznym przy dzieciach, powiedział, że Św. Faustyna zapytała Jezusa o cierpienie dzieci. Pan Jezus się zasmucił i powiedział: „Dzięki takim dzieciom świat jeszcze istnieje!” Okrutne, prawda? Ale czy nie powinno nam dać do myślenia i do działania? Dobrego działania?
Czytam ostatnio Dzienniczek s. Faustyny i wierzę w ogromne Miłosierdzie Boże i wierzę w to, że Jezus jest w każdym z tych domów, jeśli jego domownicy nie zamkną Mu drzwi, bo to ogromne obciążenie żyć na co dzień ze świadomością bliskiej śmierci swojego dziecka! Ale jakie ogromne świadectwo dla nas!
I jeszcze taka myśl z ostatniej chwili. Na jednej z ostatnich wizyt u chorej, córka naszej podopiecznej powiedziała, że podczas rozmów w pracy wszyscy mówią, że nie opiekowaliby się swoimi rodzicami. Po prostu by oddali! Tylko gdzie?!
Wieczór. Doktor Marysia odprowadziła chorą, wspierała zagubioną Rodzinę.
Spotkałyśmy się u pana Tadzia, mojego hospicyjnego Dziadka. Ma coraz większe problemy z chodzeniem. Badanie, opukiwanie, wypisanie recept, ale też wysłuchanie bolączek (zawsze to jakoś lżej), opowieści o tym, co u nas i jak zwykle kolacja, bo od Dziadka nie można wyjść głodnym.
Kolejny dzień hospicyjny za mną.
„Jaki był ten dzień, co darował, co wziął.
Czy mnie wyniósł pod niebo czy zrzucił na dno.
Jaki był ten dzień, czy coś zmienił, czy nie.
Czy był tylko nadzieją na dobre i złe?”
Dziękują Panie Jezu Miłosierny za ten dzień i za te nasze Rodziny. I proszę wspieraj ich na tej trudnej drodze do Zbawienia, bo przecież „ Zbawienie przyszło przez krzyż!”
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Dzwoni telefon
Dzwoni telefon. Odbiera dr Maria. Jakiś czas z kimś rozmawia. Dochodzą do mnie pojedyncze słowa: „...Gonimy już resztką sił, ale oczywiście nie mogę pani odmówić pomocy...”Tzn., że zostało przyjęte nowe zgłoszenie w Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu.
Mój dyżur jest w sobotę, ponieważ wtedy mogę poświęcić tam cały dzień. O godz. 10 jest śniadanie, na którym rozmawiamy o tym co nas czeka. Dziś zaczynamy Mszą Św. u pana Stasia, którego stan jest ciężki, ale ma ogromną wolę walki. Wszyscy Go podziwiamy. Jedziemy w pięć osób; ks. Marek, dr Maria, trzy wolontariuszki, które odwiedzają naszego chorego i ja, Monika. Rodzina już na nas czeka. Najpierw jest Spowiedź, a potem Msza Św., podczas której wszyscy przystępujemy do Komunii Św. Pokój jest rozświetlony światłem ze wszystkich lamp. Podczas modlitwy Ojcze Nasz, trzymając się za ręce robimy krąg. Widzę w wtedy łzy w niektórych oczach. Każdy każdemu przekazuje znak pokoju, jako jedna, wielka rodzina. Po Eucharystii jest czas na kawę i ciasto oraz pogawędkę. Są kawały o blondynkach i teściowej, które rozbawiają pana Stasia jak też nas wszystkich. Chory dziękuje za wspólną modlitwę, jest wyraźnie radośniejszy. Musimy jechać dalej.
Mamy teraz trochę czasu, więc bierzemy się za mycie naszych żółtych pojazdów (posługa wolontariusza Hospicjum, nie ogranicza się tylko do obecności przy chorym). Jeszcze tylko wspólny, szybki obiad i w drogę.
Zabieramy naszego nowego wolontariusza Dawida i w składzie dr Maria i ja, jedziemy do Kasi, naszego chorego dziecka. Kasia jest na nas troszkę obrażona. Swoim zachowaniem próbuje nas w pewnym sensie szantażować. Kiedy doktor ją bada, my mamy czas porozmawiać z resztą rodziny i zaprzyjaźnić się z psem, który zostaje przekupiony przez Dawida ptasim mleczkiem. Po badaniu, jest „100 pytań do...”, czyli mama dziewczynki pyta lekarza; co, jak, po co i dlaczego tak. Niektóre trudne pytania zostają jednak bez odpowiedzi. Żegnamy całą zwariowaną rodzinkę i wracamy do „bazy”.
Chwila oddechu. Coś, jakiś nudny dziś ten dzień- myślę sobie, a kiedy tak sobie pomyślę, zawsze zdarzy się coś niespodziewanego. Ale po kolei. Razem z naszą pielęgniarką Basią, jedziemy do pana Jana ( nowotwór pęcherza moczowego). Jestem tu po raz pierwszy. Nie będę Wam opowiadać na czym polega posługa przy tym chorym, bo jest to dość nie miłe dla samego chorego, jak i dla naszych wolontariuszy (przynosi jednak ulgę panu Janowi!).Ja w czasie, kiedy medyczni zajmują się panem Janem, albo rozmawiam z jego żoną, albo biegam co chwilę po coś do karetki. Kiedy wizyta zbliża się do końca, dr Maria dostaje telefon. Dzwoni córka chorej z nowotworem gruczołu krokowego. Są jeszcze pod opieką przychodni paliatywnej i mieli przyjść do nas w poniedziałek, ale chora krwawi i bardzo źle się czuje. Szybka decyzja, choć dość trudna, bo; jest już późno, przed dr Marią jutro daleka droga a już jest zmęczona i do tego, pierwsze wizyty trwają długo. Jesteśmy niedaleko, jedziemy.
W domu zastajemy dwie córki i męża chorej, zdenerwowanych i zrozpaczonych. Stan pani Krysi bardzo ciężki. I teraz szybka akcja. Doktor razem z pielęgniarką próbują zatrzymać krwawienie z guza, ja w tym czasie łamię ampułki, nabieram lek do strzykawki i biegam w te i we w te do karetki po wszelkie brakujące medykamenty ( dobrze, że to drugie piętro), oraz opowiadam panu Mieczysławowi (mężowi chorej) o naszej posłudze. Słyszę słowa skierowane do mnie:„ Ty chyba jesteś bez grzechu, bo ciągle Msze Św, Komunie?” Panie Mieciu, niestety jesteśmy zwykłymi ludźmi. Mamy swoje kłopoty, wady ,złe dni. Doktor później będzie się ze mnie śmiała, że jestem „chłopcem na posyłki”. Mogę być nawet chłopcem, jeśli tylko na coś się przydam!
Po chwili udaje się zatamować krwawienie, a w między czasie zostają podane kroplówki i leki przeciwbólowe. Zostaje założony opatrunek. Przyjeżdża ks. Marek. Kiedy pani Krysia zostaje „zabezpieczona fizycznie”, czas na „zabezpieczenie duchowe” tzn. Spowiedź Św. i Sakrament Chorych. Wszyscy stajemy dookoła modląc się w intencji chorej i w jej intencji przyjmujemy Komunię Św. Pani Krysia zasypia. Teraz przy herbacie jest czas, aby spokojnie porozmawiać, dowiedzieć się o przebiegu choroby, zapoznać się z rodziną i podtrzymać ją na duchu.
Zakładamy zeszyt, w którym będzie zapisywane wszystko, co zostało podane, jaki był stan chorej, jakie leki, jak podawać i kto z wolontariuszy przychodzi. Oraz wszelkie możliwe telefony do nas.
Zostaje założony chorej tzw. motylek, aby leki podawać pod skórę. Lek ten będzie nieustannie podawać takie małe urządzenie (to jest dopiero technika!) .
To, co mnie uderza podczas tej wizyty, to sposób w jaki pan Miecio zwraca się do swojej żony. Pani Krysia już nie jest młoda, a Jej wygląd pozostawia wiele do życzenia i do tego jeszcze ta rana. No i to, że trzeba pomóc w toalecie i w ogóle. On bierze żonę na ręce i mówi-„ Moja ty królowo”. Piękne, prawda?!
Umawiamy się, że jutro wieczorem przyjedzie pielęgniarka i zrobi następną dawkę leku, oraz ewentualnie zmieni opatrunek , poda kroplówkę i założy cewnik.
Jest godz.0.20. Żegnamy wszystkich, życząc spokojnej nocy. Kiedy podchodzę do pani Krysi mówi do mnie: „ Bóg zapłać za wszystko”. Całuję Ją w policzek i mam nadzieję, że zobaczymy się jutro. Nie myślcie, że chcę jechać do pani Krysi, bo nie mam co robić w niedzielę. Nie. Tylko tak sobie myślę, że jak zespół, to zespół. Zawsze do czegoś się przydam Basi, naszej pielęgniarce, no i zobaczę całą rodzinkę, którą zdążyłam polubić.
Niestety. Następnego dnia po południu dostaję wiadomość, że pani Krysia zmarła.
Jest to trudne. Tyle wysiłku i wszystko na marne! Zmęczenie, nie wyspanie, cały ten stres. Jednak nie prawda, bo kiedy później słyszę słowa osoby osieroconej:
„...Wielkie dzięki wszystkim wolontariuszom. To tacy dobrzy Aniołowie, którzy służą swoją pomocą. Dziękujemy za każdą pomoc z waszej strony, za wsparcie duchowe, rozmowę, uśmiech. Gdy patrzyłam na pracę dr Marii, na jej oddanie mimo zmęczenia, myślałam, skoro Ona tak może to ja też dam radę. Postanowiłam już wtedy, że zostanę jedną z nich. Na zawsze pozostaniecie w naszych sercach!...” (Anna Bińkowska)
To był naprawdę dobry dzień. Chwała Panu.
Wasz czasem zasapany korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Małgosia
Droga
Przy drodze krzyż!
Idziesz tamtędy, a więc się zbliż.
Spójrz w Chrystusa zbolałą twarz
I jarzmo własnych swych cierpień zważ.
Rozważ jak cierpiał Chrystus- Człowiek Bóg.
I nie usuwaj kamieni z dróg,
Którymi iść Ci kazał Pan,
Lecz idź z Chrystusem, by nie był sam.
(autor nie znany)
Kochani! Pewnie jak to przeczytacie, powiecie: „wariatka!”. I pewnie będziecie mieli rację. Dodajcie tylko do tego „boża”, bo tyczy się to też do innych mnie podobnych.
Niektórzy z Was pamiętają Małgosię. Dla niewtajemniczonych kilka słów wstępu.
Małgosia ma 20 lat. Pod opieką Hospicjum jest od września 2007. Ma lekkie upośledzenie, dlatego przebywa w ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Ma tylko tatę, dziadka i wujka z najbliższej rodziny. Jej mama i babcia zmarły na raka.
Dotychczas byliśmy u Małgosi towarzysko (my, wolontariusze nie medyczni). Teraz potrzebna jest opieka całodobowa.
Swój nocny dyżur razem z Anią zaczynamy Mszą Św., bo z własnego, krótkiego doświadczenia wiem, że tylko siłami ludzkimi nie damy rady.
Kiedy wchodzimy do pokoju naszej podopiecznej, zajęta jest wyklejaniem małymi kulkami plasteliny obrazka dla jednej z wychowawczyń. Wita nas dość chłodno, bardziej zajęta swoją pracą. Następnego dnia ma być wielkie święto. Zostanie Jej udzielony Sakrament Bierzmowania. Jest tym faktem bardzo przejęta. Co jakiś czas przypominamy sobie regułkę, którą ma powiedzieć w czasie udzielania sakramentu. Ma trudności z zapamiętaniem, ale chęci ogromne! Mówi, że przed snem jeszcze raz sobie powtórzy i schowa kartkę pod poduszkę (podobno pomaga, muszę spróbować).
Czas na leki i wieczorną toaletę, bo już bardzo późno. Stan Małgosi się pogorszył od czasu, kiedy Ją widziałam po raz ostatni. Jest o wiele słabsza. Musimy pomóc Jej się umyć. Kiedy patrzę na to umęczone, wychudzone ciało, przed oczami mam obraz Jezusa ubiczowanego, z tą tylko różnicą, że nie posiada ran ciętych, ale praktycznie całe pokryte jest brodawkami (choroba skóry, która doprowadziła do powstania nowotworu).
Przyjeżdża doktor Iza z pielęgniarką Basią. Rutynowe badanie, osłuchiwanie, rozmowa z chorą. Dostaję bardzo dziwne zadanie do wykonania. Kiedy medycy przygotowują sprzęty, aby przepłukać port (urządzenie w ciele chorej, przez które podaje się chemię), ja głaszczę lewy bok Małgosi. Jest to miejsce, w którym ulokował się rak i wypycha skórę. Przynosi to naszej podopiecznej ulgę, więc... czemu nie? Śmieję się przy tym, że Ania powinna stanąć za głową chorej z takim wielkim wachlarzem i wachlować naszą Królewnę. Ja będę podawać zimne napoje. Dołożyłam do tego próbę łaskotek i jest... Małgosia zaczęła się śmiać.
Nie ma się czemu dziwić. Dziewczynka była wystraszona tym małym zabiegiem, który Ją czekał. Żeby dodać otuchy, ląduję na łóżku przy chorej i trzymam Małgosię za rękę. Uśmiecha się, kiedy słyszy moje słowa, że jest bardzo dzielna. Na koniec całuję Ją w czoło i zasypia. Ostatnie wskazówki od dr Izy i zostajemy same.
Ja jeszcze wertuję zeszyt, bo jutro mam egzamin. Gosia budzi się, karze podać sobie ową kartkę z tekstem, czyta kilka razy i wkłada pod poduszkę.
Ania pozwala mi się trochę zdrzemnąć (to już następny dzień). W nocy nasza podopieczna budzi się cztery razy, ponieważ boli. I choć razem decydujemy jaki lek przeciwbólowy podać, to właśnie Ania zajmuje się podaniem. Dopiero nad ranem kładzie się na chwilkę.
Rano, przed godz.7 w oczekiwaniu na naszą zmienniczkę, robi herbatę. Żadnych wymówek, uskarżania się. A ja, wstyd się przyznać, ledwo mogę otworzyć oczy. Dzięki Ania!
Małgosia jeszcze śpi, kiedy zostawiamy Ją pod opieką Basi i pędzimy do pracy. Żegnam się z Anią i wzajemnie dziękujemy sobie za dyżur. Zastanawiam się, jak da sobie radę w pracy. Skoro mnie się mieni w oczach, to co dopiero Jej? (Podobno trochę trzęsły Jej się ręce)
Na Bierzmowaniu już nie mogłam być, bo musiałam pędzić na egzamin z dydaktyki. Wiem z opowiadań, że było bardzo uroczyście. Sakramentu udziela ks. Biskup Stefan Siczek.
Nie wiem, czy poduszka pomogła w zapamiętaniu, ja zapomniałam włożyć swój zeszyt, zresztą i tak spałam bez poduszki.
Nasz już w pełni świadomy chrześcijanin, wyjechał na ferie do domu tj. ok. 70 km. za Radom. Myślicie, że to już koniec naszej opieki? Nie! W sumie trzy razy w tygodniu są u Niej nasi wolontariusze.
I powiedzcie, czy to nie paradoks? Jedni odchodzą od łóżek swoich pacjentów, drudzy bez żadnego wynagrodzenia są z nimi w dzień i w nocy. Jadą w sumie 140 km., bo jedna, maładziewczynka nas potrzebuje! Dlaczego?
„... Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?...
„... Tego, co ja czynię, ty teraz nie rozumiesz,
ale później będziesz wiedział...”
„... Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi,
to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi
dałem wam bowiem przykład...”
J 13 6-16
Kolejny dzień pod znakiem Hospicjum już za mną. Trochę zmęczona i niewyspana, ale szczęśliwa. Mam nadzieję, że przed następnym dyżurem nocnym będę mogła się wyspać, żeby się Ani „odpłacić”. Aha ! Egzamin zaliczony!
Wasz zwariowany,
czasem zaspany
ale uśmiechnięty
Korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Weronika
Miłość jest wszędzie wokół, Nie trzeba wcale
Daleko szukać Miłości, by
Umieścić Ją w sercu.
Mówią:
Miłość nie mieszka w twym sercu jak w domu,
Miłość jest miłością
Gdy oddasz ją komuś.
(„Dzieci i śmierć” E. Kübler – Ross)
Niedzielne, późne popołudnie. Razem z doktor Marią wchodzę do małego mieszkanka w jednym z bloków. W drzwiach wita nas uśmiechnięta, ale zmęczona młoda kobieta. Uściski jak zwykle na powitanie.
W pokoju, na rozłożonym łóżku, spod różowego kocyka widać łysą główkę. Ciszę w mieszkaniu zakłóca praca koncentratora tlenu i chrapliwy oddech chorej.
Moją uwagę od razu przykuwają zdjęcia stojące na regale. Blond loki, duże, niebieskie oczy i szeroki uśmiech. Aż się nie chce wierzyć, że to ta sama dziewczynka leży na łóżku! Maska z tlenem, sonda w nosku do podawania leków i jedzenia, pompa podająca leki podskórnie. To wszystko w takim małym ciałku. Weronika ma 3 lata. Aż się serce kraje! Delikatnie całuję Ją w główkę. Jest rozpalona, ma gorączkę. Nasze maleństwo po podaniu przez Mamę leków przeciw drgawkowych teraz śpi. Co jakiś czas musi być odsysana, to jest tzw. „toaleta drzewa oskrzelowego”.
Pan Tomek, tata Weroniki jest akurat w kościele. Mama, pani Marlena, opowiada o ostatniej nocy i dniu. Przeszła szybki kurs pielęgniarstwa podczas opiekinad córką. To dla Niej zrezygnowała z pracy. Jest bardzo dzielna!
Szykujemy nową dawka leków do pompy, doktor bada i ogląda Weronikę ze wszystkich stron. Dziewczynka na chwile jakby się budzi i choć nie ma z Nią żadnego kontaktu, mówimy do Niej o wszystkim, co będziemy robić. Podczas odsysania spływa z oczka łza...
Pani Marlena pyta o stan córki. Wie, że choroba robi ogromne postępy. Potrzebuje tylko potwierdzenia i ... dostaje je! Jest to trudne dla nas wszystkich. Nagle chowa twarz w dłoniach i płacząc mówi, że bardzo kocha swoją córkę i chce, żeby żyła, ale nie chce patrzeć na to cierpienie! I jeśli tak ma dalej być, to żeby Pan Bóg Ją zabrał! Jesteśmy tuż obok. Próbuję się opanować, ale łzy płyną mi po policzkach same. Najchętniej bym krzyczała. Jesteśmy tu jednak nie po to żeby robić sceny, ale żeby wspierać! Kiedy wraca pan Tomasz, „wracamy do normalności”. Każde z Nich przeżywa to, co się dzieje na swój sposób. Mama rozmawia o zbliżającym się końcu, tata milczy. Tylko pod namową żony rozmawia o bliskiej śmierci. Każde z Nich ma prawo przeżywać ból na swój sposób. Najważniejsze, żeby byli razem! Można powiedzieć, że już teraz w pewien sposób przeżywają żałobę.
Doktor Maria jest tam codziennie z pielęgniarką lub wolontariuszem. Nasza Monika też bardzo często, prawie co dzień. Czasem jej towarzyszę, czasem jesteśmy oddzielnie. Rodzice są bardzo otwarci na nas. Można nawet powiedzieć o pewnym rodzaju Przyjaźni. Bardzo ważne jest takie obopólne zaufanie.
W wolnej chwili, podczas kolejnej wizyty, pytam Mamę o chorobę Weroniki. Okazuje się, że już podczas jej wykrycia rok temu, były przerzuty do węzłów chłonnych i szpiku. Chemioterapia przynosiła zadziwiająco dobre rezultaty. A Weronika? Była pogodnym, bardzo mądrym dzieckiem. Tak, jak wszystkie „onkologiczne dzieci”, szybko „wydoroślała”. Nie bała się szpitala. Zawsze dość chętnie tam jeździła. Do czasu ostatniej wizyty. Czy coś przeczuwała? Trudno powiedzieć. Podobno jak nigdy, płakała i nie chciała zostać. To podczas tej dawki chemii nastąpiły komplikacje, utrata przytomności, wodogłowie. Do domu wróciła karetką. Stan był ciężki. Śladowy kontakt, czasami uśmiech, reagowała na dotyk. Z każdym dniem coraz więcej spała. Męczyły Ją napady drgawek, prężeń.
Pewnego dnia, podczas kąpieli, po prostu przestała oddychać! Mama i nasza wolontariuszka Monika zdawały sobie sprawę, co się dzieje, ale nie wpadły w panikę. Pani Marlena nie była jeszcze gotowa na odejście i powiedziała do córki, żeby nie umierała, bo nie ma dla Niej sukienki. I jak na grzeczną dziewczynkę przystało, chora po chwili zaczęła... znów oddychać. Sukienka była gotowa następnego dnia rano. Trzeba było tylko szepnąć Weronice, że już może odejść. Tylko i aż! Jak pozwolić tak po prostu umrzeć jedynemu dziecku. Choć rozum mówił swoje, serce nie chciało słuchać!
Weronika słabła z każdym dniem. Zapytałam doktor, czy Ją coś boli? Odpowiedziała mi, że prawdopodobnie nie. Wszystkich znajomych prosiłam o modlitwę. Sama też błagałam o pomoc Matkę Najświętszą w codziennych Różańcach.
Przyszedł czas pożegnania. Weronika podobno przyśniła się swojemu Tacie. We śnie trzymał Ją na rękach, uśmiechniętą. A Ona po chwili powiedziała, żeby położył Ją do łóżeczka, bo jest już zmęczona.
Usiedli we trójkę (była też Monika), tata wziął córkę na ręce. Długo wspominali spędzone razem chwile, wyjazdy, zabawy. Dziękowali za te 3 lata, kiedy mogli być razem. Tata szepnął do uszka córeczce, że może odejść. Dr E. Kübler – Ross pisze w swoich książkach, że umierające dzieci czują, że ich rodzice nie są jeszcze na to gotowi. Prawdopodobnie Weronika też to czuła. Mogła spokojnie odejść, kiedy usłyszała, że już sobie poradzą i żeby się nie martwiła o Nich. Odeszła cicho, następnego dnia w południe, w ramionach swoich rodziców.
Już nie słychać dźwięku koncentratora. Pozostały ulubione zabawki i różowy kocyk
i ta niczym się nie dająca zapełnić pustka...
Dziękuję Aniołku, że mogłam być przy Tobie! Żałuję tylko, że nie poznałam Cię, gdy byłaś rozbieganym brzdącem. Ufam, że kiedyś się spotkamy i choć może Cię nie poznam, wyjdziesz mi na spotkanie. Może będziesz miała dalej te blond loki?
Dziękuję Bogu za Was, Rodzice Weroniki! Za to, że stanęliście na wysokości zadania! Za to, że pokazaliście, co znaczy słowo Miłość! Dziękuję za zaufanie, jakim nas obdarzyliście.
Oddaję w twe ręce dziecko me
Na krótki czas, chwile, tak Bóg do mnie rzekł.
Kochaj go tak długo, jak będzie żyć,
I płacz nad nim, kiedy zabierze go śmierć.
Zostanie przy tobie przez kilka tygodni,
A może prze lata, trzydzieści lub trzy,
Lecz zanim zawezwę go tutaj z powrotem,
Ja proszę cię bardzo, opiekuj się nim.
Rozjaśni twe życie radością i wdziękiem,
I nawet, gdy wkrótce od ciebie odejdzie,
Zostawi ci piękne wspomnienia o sobie,
Złagodzą twój smutek i ulżą w żałobie.
Nie mogę obiecać, że z tobą zostanie,
Bo wszyscy opuszczą na ziemi mieszkanie.
Posyłam go do was na okres nauki
Dla wiedzy po którą powinien wyruszyć.
Zostawiam swe dziecko w twych rękach na ziemi,
By żyło tam wespół z wami wszystkimi.
A wraz z nim posyłam wam również nauki
Dla tych dusz, do których to dziecko przemówi.
Na świecie szerokim długo szukałem
Ludzi uczciwych, o sercach prawych,
I wreszcie znalazłem wśród życia wielu dróg,
Wybrałem ciebie, rzekł do mnie Bóg.
Czy będziesz go kochać miłością dość silną?
Czy uznasz, że poszła na marne twa praca?
I kiedy pojawię się, by go odzyskać,
Nie nazwiesz mnie winnym,
Gdy uznam, że czas do mnie wracać?
Cieszy mnie to, kiedy mówisz: O, Panie,
Niech Twoja, nie moja, wola się stanie.
To dziecko sprawiło nam tyle radości,
Że warte jest starań, wyrzekam się roszczeń.
Będziemy je chronić z największą czułością
I póki możemy, darzymy miłością.
Za szczęście, którego z nim zaznajemy,
Jesteśmy Ci wdzięczni. Dziękujemy.
Wezwałeś go, Panie, do siebie za wcześnie.
Nie byliśmy rozstać się gotowi jeszcze.
Wybacz nam, proszę, nasz smutek i żal
I pomóż zrozumieć Twój boski plan.
(„Dla Johna z wyrazami miłości” w „Dzieci i śmierć” E. Kübler – Ross)
Wasz zapłakany
korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Pani Krysia
Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...
Nie było mi dane poznać pani Krysi, choć powiem Wam, że liczyłam, iż się spotkamy.
Kiedy Zosia tuż przed Mszą powiedziała mi, że właśnie godzinę temu Jej ciocia odeszła, byłam bardzo zaskoczona i smutna! Nie wiedziałam, że będzie to aż tak szybko!
Trudno jest pisać o Kimś, Kogo się nie zna. Jednak po tym, co usłyszałam na spotkaniu dla posługujących (takie spotkanie odbywa się w Hospicjum raz w miesiącu) o tej postaci, zaintrygowało mnie do tego stopnia, że postanowiłam zabawić się w „mini dziennikarza” i dowiedzieć się czegoś więcej.
Pani Krysia miała 76 lat i... nowotwora trzustki. Kiedy została hospitalizowana i otwarto Jej jamę brzuszną, okazało się, że komórki rakowe są rozsiane. I jak to się mówi, już nic nie można zrobić! Nie wiem, co powiedziano chorej, ale była przekonana, że po prostu operacja nie była konieczna. Z raną pooperacyjną wypisano Ją do domu wraz ze skierowaniem do hospicjum. To właśnie hospicjum zajmuje się ludźmi dla których już „nic nie można zrobić”.
Na pierwszej wizycie jak zwykle była spowiedź i Msza Św., na którą została zaproszona rodzina i sąsiedzi.
Doktor Iza, która była lekarzem prowadzącym, na moje pytania o tę posługę, mówi, że pani Krysia była zawsze radosna i pełna humoru. Bardzo ciepło wypowiadała się o synu chorej, który przeprowadził się do matki na czas choroby, by móc się Nią lepiej opiekować.
Ogromną pomoc okazały sąsiadki: chrześnica Iwona, siostrzenica Elwira, pani Marysia, pani Iwona a szczególnie pani Stasia. Choć sama chora na cukrzycę, potrafiła nawet trzy razy dziennie odwiedzić naszą podopieczną. A skąd takie zainteresowanie sąsiadów? Pani Krysia kiedyś opiekowała się panią Stasią, gdy ta złamała nogę. Dobro ofiarowane powraca podwójnie! Teraz był czas na rewanż!
I to właśnie mnie zaintrygowało!
Zamykamy się we własnych czterech ścianach, najlepiej przed telewizorem lub komputerem, nie wiedząc nawet, że za ścianą leży drugi człowiek, który potrzebuje naszej pomocy! A czasem wystarczy tylko być, porozmawiać, podać szklankę wody!
Kiedy pytam wolontariuszkę Zosię o swoje wspomnienia, chwilę się zastanawia i z uśmiechem mówi: „Ciocia była mistrzynią w zadawaniu trudnych pytań! Zawsze wybrała taki moment, kiedy nikogo nie było, albo nikt nie słyszał”. A jakie to były pytania?
Czy to już koniec? Czy długo to potrwa? Czy ja już umieram? Zosia starała się nie odpowiadać wymijająco, ale tak, żeby nie odbierać nadziei. Pani Krysia powiedziała w co mają Ją ubrać na ostatnią drogę.
Była osobą zawsze zadbaną. Dlatego bardzo przeżywała swój wygląd podczas choroby, swoje opuchnięte nogi, nie zawsze uczesane włosy itd. to zawsze jest takie trudne dla kobiety!
Zosia dogadzała chorej w miarę możliwości, przynosząc coś, na co właśnie miała Ona ochotę. I tak nasza wolontariuszka biegła z pracy do domu a potem do czekającej pani Krysi np. ze śledzikiem, który był zjadany po kawałeczku, z wielkim pietyzmem, namaszczeniem i trochę ze strachem, czy nie zaszkodzi?! I pomyśleć, że to tylko mały śledzik!
Nie możemy zrobić nic wielkiego,
Za to małe rzeczy z wielką miłością.
Matka Teresa z Kalkuty
Pani Krysia uczyła tej Miłości. Zosia mówi, że przekazywała Jej matczyną miłość.
Na kilka dni przed śmiercią zaprosiłam Zosię do siebie. Tak po prostu na herbatę
i pogaduszki. Odpowiedziała mi, że pójdzie do Cioci, bo stan się pogorszył. Nie mogłaby siedzieć u mnie wiedząc, że tam jest tak, jak jest. Miałam nadzieję, że pójdziemy razem, ale zaproszenie nie padło. Myślę sobie, zdążę!
Była przytomna i świadoma do końca. Odeszła w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Zdążyłam już tylko na ostatnią Mszę za zmarłą.
„Spieszmy się kochać ludzi,
tak szybko odchodzą...”
Czy ja tak jak pani Krysia zasłużę na taką opiekę, kiedy jej będę potrzebować?
Czy moje dobro będzie na tyle wystarczające, żeby wróciło do mnie podwójnie?
Wasz czasem daleko w tyle
Korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
;



















