Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-
admin

admin

Mój czas wolny

Czas wolny - bardzo zajęty


Wreszcie koniec sezonu i trochę więcej czasu wolnego. Nadeszła sobota 27.12 i dzień mojego dyżuru z doktor Marią.

    Jak to się często zdarza, mała zmiana planów. Mam pojechać razem z Anią pielęgniarką do pana Grzesia (doktor jest na innej wizycie i ma do nas dołączyć). Na dziś zaplanowano tu Mszę Św. z okazji 15- lecia małżeństwa Basi i Grzegorza. Jest cały dom ludzi, ok. 50 osób, ks. Proboszcz no i my, dwie przestraszone wolontariuszki hospicjum. Piszę przestraszone, bo chory jest w ciężkim stanie i ewidentnie coś się dzieje. Bardzo szybki puls i niskie ciśnienie. Może w ten sposób reaguje na ten otaczający Go gwar, a może to coś innego??? Stoimy obok łóżka, od czasu do czasu na nie zerkając. Najcudowniejszy jest najmłodszy syn, Albert, który wskakuje obok Taty. Wszyscy przyjmują Komunię Św. w intencji Jubilatów. Sam chory , jako, że nie przełyka otrzymuje odrobinę Krwi Pańskiej w małej strzykawce. Wszystko przebiegło bez zakłóceń. Ciśnienie się podniosło po podaniu wody z solą. I po co było się tak bać? Po Eucharystii oczywiście poczęstunek i kiedy zostajemy praktycznie same, przystępujemy do zmiany plasterków i opatrunków. A jest tego nie mało. Wszystko się robi powoli, odmaczając najpierw plasterek przed zdjęciem, bo skóra jest bardzo delikatna i podatna na urazy. Trzeba jeszcze odessać chorego, co nie jest przyjemne dla nikogo, ale przynosi ulgę w oddychaniu.

    Wracamy do bazy na Wiejską i zabieramy ks. Marka. Przed nami nowa wizyta u dziecka. Jedziemy ok. 20 km poza Radom. Mały, drewniany dom bez łazienki i wszelkich wygód. Mateusz, (tak ma na imię główny bohater) patrzy na nas z zainteresowaniem. Urodził się jako wcześniaczek z wodogłowiem pół roku temu. Od tego czasu jest pierwszy raz w domu rodzinnym, bo przebywa w hospicjum w Łodzi. Teraz nasz malec waży ok. 6 kg i jest uroczy! Zapoznajemy się z Rodziną, doktor oczywiście bada Mateusza, co Mu wcale nie odpowiada. Umawiamy się na kolejną wizytę, tak, by była cała Rodzina na 1.01 i wracamy do Radomia, bo czeka nas jeszcze jedna pierwsza wizyta.

    Starsze małżeństwo ok. 80-letnie. Pani Elżbieta jest bardzo obolała. Nie daje dotknąć sparaliżowanej ręki, do tego leży praktycznie cała mokra. Po podaniu leków przeciwbólowych robimy toaletę. Chora ma powalający uśmiech. Jest spowiedź i Msza Św. przy łóżku, oraz sesja zdjęciowa. Doktor Maria razem z księdzem zwracają uwagę na pewne rzeczy, które znajdują się w domu. Mimo, że Rodzina katolicka a otaczają się przedmiotami z pogranicza magii. Wszystkie te rzeczy zostały wyrzucone, bo nie idą  w parze z wiarą w Chrystusa, który właśnie wszedł do tego domu.

    Doktor umawia kolejną wizytę na jutro, czyli niedzielę przed południem, aby sprawdzić działanie leków przeciwbólowych i ogólny stan podopiecznej. Zgłaszam się na ochotnika i w ten sposób jestem tu również następnego dnia (dołączyła do nas wolontariuszka Ania).
     Pan Mieczysław, mąż chorej, widać, że odżył, uspokoił się, choć raczej nie radzi sobie z prowadzeniem domu i opieką nad żoną.

     Dziś już leki działają i możemy panią Ele posadzić na krzesełku toaletowym, aby sprowokować wypróżnienie, którego od dawna nie było, jednak bezskutecznie. Znów toaleta, kroplówka i próby przekonania pana Mieczysława do np. materaca przeciwodleżynowego zakończone bezowocnie.
     I tak wygląda każdy kolejny dzień u pani Eli. Każdego ranka, (nie wyłączając niedziel i świąt) wolontariusz razem z pielęgniarką dzwonią do tych drzwi, aby pomóc w pielęgnacji; umyć głowę, posadzić na krzesełko toaletowe, podać leki i picie oraz na koniec przy kawie pogadać z panem Mieczysławem. W nagrodę? Uśmiech panie Eli jest bezcenny!

Cd.

    Dwa tygodnie później jestem znów z Anią aby zmienić opatrunki.  Na widok ciała całego w plasterkach robi mi się nie dobrze. Chyba nie dam rady! Wszystko trzeba robić bardzo delikatnie, bo skóra rwie się jak papier. Padam na kolana, w tej pozycji jest najwygodniej, ale ten widok przypomina mi ciało Chrystusa zdjętego z krzyża a obok stoi Matka (Mama pana Grzesia), więc jak tu nie klęknąć?! Dołącza do nas doktor Maria i kiedy już jest wszystko skończone, okazuje się, że jest w pampersie stolec i niektóre plasterki musimy zmienić, bo pod nie podpłynęło.


    Ania umawia się na kolejną wizytę w poniedziałek na 16. Pan Grześ odszedł właśnie o tej godzinie...

„Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie”

Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk 

Anielski orszak

„Anielski orszak niech Twą duszę przyjmie...”


    Jest sobota 11 stycznia 2014r. Spieszę do naszej bazy hospicyjnej, bo dziś wypada mój dyżur. Czekamy jeszcze na przybycie reszty naszego składu, a są to dziś: doktor Maria, pielęgniarka Ania, klerycy, Kamil i Konrad (od kilku lat bardzo dobrze układa się nasza współpraca z naszym WSD. Przyszli księża uczą się z nami posługi hospicyjnej) i ja, Monika. Okazuje się, że jak to często u nas bywa, pomieszały się nam plany. Najpierw jedziemy do pana, który wczoraj został przyjęty pod opiekę, a którego stan jest bardzo zły. Oddajemy się w opiekę Matce Bożej a doktor po drodze opowiada do kogo jedziemy.

    Wchodząc do domu, witamy się z panem Augustynem. Jest tak chudziutki, że pod skórą odznacza się każda kosteczka. Ma podłączony tlen i materac przeciwodleżynowy. Obok żona, która próbuje podać jakąś zupkę lub kisielek (wciąż bezskutecznie) i dwoje dorosłych dzieci. Wczorajszy wieczór był przerażający dla rodziny, bo wszyscy myśleli, że chory odejdzie. Na szczęście było hospicjum i atak duszności został pokonany. Jednak, rodzina nie jest przygotowana na śmierć. Chory, choć tak wyniszczony przez chorobę, do ostatnich dni jeszcze uczestniczył w życiu rodziny. Doktor bada, osłuchuje, podajemy leki do tzw. motylka. Nasza pielęgniarka Ania szkoli córkę, która będzie to dalej robić. W tym czasie syn przywozi z naszej wypożyczalni specjalistyczne łóżko dla Taty. Wszystko opisane, pokazane. Umawiamy się, że ja przyjdę tu w poniedziałek przed 12 aby zrobić kolejny roztwór leków do podania.

    Spieszymy się, bo jedziemy daleko za Skaryszew na pogrzeb naszej zmarłej pani Ani. Udaje nam się dotrzeć na czas (co nie często się zdarza). Jest kilku celebransów, klerycy, wolontariusze i pełen kościół ludzi. Wszyscy chcemy się modlić i dziękować Dobremu Bogu za dar tego życia. Rzadko się zdarza, ale w tym domu modlitwa przy umierającej trwała nieustannie. Najbliżsi mieli nadzieję do końca, że zdarzy się cud i myślę, że się zdarzył. Chora odeszła, ale za Jej sprawą wiele modlitw popłynęło w niebo przez te kilka dni. To widać było Bogu potrzebne w dzisiejszym zagonionym świecie!

    Trochę zmarzliśmy w kościele, na szczęście mamy ogrzewanie w samochodzie i daktyle do jedzenia. Doktor Maria zna już okoliczne miejscowości, więc nie wracamy do Radomia, tylko drogą „na skróty” jedziemy w okolice Wierzbicy. Pana Władysława znamy już od dłuższego czasu. Jest tu biednie. Grzyb na ścianach. Na posterunku przy chorym – żona, która sama ledwo chodzi, ale zawsze częstuje „czym chata bogata” (pyszne kanapki), my natomiast tym razem przywozimy chleb i materac na wymianę, bo obecny już podziurawiony jak ser szwajcarski. Stąd już blisko do pani Ani. Następuje mała konsternacja. Nie wiemy jak rodzina zareaguje na alumnów? Podejmujemy decyzję: chłopaki idą w sutannach i niech się dzieje! Oczywiście, nie było czym się martwić zawczasu! Nasza podopieczna jeszcze młoda, bo pięćdziesięciokilkuletnia osoba, ale mocno zmieniona przez chorobę. Nie możemy się nadziwić, że para ze zdjęcia, wyglądająca jak serialowi aktorzy, to ci sami ludzie! Podczas badania, chłopaki wychodzą do kuchni robić kawę. Za kilka dni nasze dziewczyny przyjadą tu pobrać krew do badania.

    Kiedy wychodzimy z wizyty, okazuje się, że następuje kolejna zmiana planów. Ja i klerycy zostajemy u naszej rodziny osieroconej, którą mieliśmy w planie odwiedzić, a dziewczyny wracają w okolice Odechowa, gdzie właśnie odszedł nam chory.
    Wchodzimy do domu, gdzie dwa tygodnie temu umarło dziewiętnastomiesięczne dziecko, nasza Weronika. Na miejscu łóżeczka stoi już szafka, tylko miejsce w sercu nadal puste. Jak ciężko! Pozostały łzy, wspomnienia i jeszcze raz powrót do tego, co było. Czy można było temu zapobiec? Zapobiec chorobie? Łzy się kręcą w oku na widok Matki kryjącej twarz w dłoniach, gdy mówi o swoich przeżyciach! Brakuje nam naszego aniołka!
    Jesteśmy jak zwykle spóźnieni. Wracamy do bazy, gdzie odbywa się już ważne spotkanie, na którym podejmujemy bardzo ważną decyzje. Chcemy objąć większą liczbę chorych. Sprawa jest o tyle trudna, że nasze dwie lekarki mają już i tak napięty rozkład dnia, a zwiększona ilość podopiecznych, musi się równać z obecną jakością naszej posługi! Ciężki orzech do zgryzienia, gdy ma się tylko12 pielęgniarek i kilkunastu wolontariuszy niemedycznych! Ale jak to jest napisane: „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”, a my chcemy nasze dzieło robić razem z Nim, więc może z Jego pomocą...

    Spotkanie się kończy, klerycy wracają do seminarium (dzięki chłopaki!), a my wracamy do pana Augustyna. Już na pierwszy rzut oka widać, że chory odchodzi, ale najbliżsi tak go kochają, że wcale nie dopuszczają takiej myśli do siebie. Staram się wytłumaczyć spokojnie żonie, że choremu potrzebny jest już tylko spokój i modlitwa. Ania prosi o gromnicę. Zaczynamy odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Pan Augustyn „patrzy już nie widzącymi oczyma” gdzieś w dal, oddycha bardzo cichutko, coraz wolniej, wolniej... Doktor zamknęła dłonią otwarte powieki.


„Anielski orszak niech Twą duszę przyjmie,
Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba.
A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi
Aż przed Oblicze Boga Najwyższego”


We trzy myjemy i ubieramy zmarłego. Kręgosłupy bolą od nachylania się nad niskim łóżkiem (rodzina nie zdecydował się przenieść chorego na przywiezione łóżko).
Uściskiem ręki i uśmiechem dziękujemy sobie za  skończony dyżur, życząc również spokojnej nocy. Kiedy wchodzę do domu jest 23 40.


Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk


P.S. Zacytowany tu refren, pochodzi z jednej  z najpiękniejszych pieśni śpiewanych na uroczystościach żałobnych o Aniołach i Miłosierdziu Bożym. Chciałam przy tej okazji podzielić się z Wami taką refleksją. Bardzo mnie boli, kiedy wizerunek i symbol anioła, ludzie używają w niewłaściwy sposób, np. na domu publicznym!!!  

Matka Jezusa

„ ...Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń  wziął Ją do siebie”

J. 19, 26-28


      Kolejne, pracowite popołudnie w hospicjum. W sumie trzy wizyty, w tym dwie poza Radomiem. Wszystkie trudne, bo a to nie można założyć cewnika, a to trzeba chorego wysłać do szpitala i to natychmiast! Ja chciałabym się podzielić z Wami tym, co dla mnie było najtrudniejsze tego dnia.

         Nie mogłam być na ostatnim spotkaniu dla posługujących, gdzie omawiani są nasi chorzy, ich sytuacja, problemy, więc, kiedy powiedziano, że jedziemy do pani Ani, pomyślałam, ot, kolejna chora. 

       Kiedy weszliśmy do domu „przywitał” nas płacz i krzyki dziecka. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Weszliśmy do małego pokoju umalowanego na niebiesko, gdzie ściany domagają się odświeżenia. Moim oczom ukazał się taki widok. Na takim rozkładanym fotelu, tuż nad podłogą leżała młoda, 36 letnia kobieta. Rurka tracheotomijna w szyi, jedno oko na wpół przymknięte z powodu paraliżu. Wita nas uśmiechem i szeptem. Nogi mi wrosły w podłogę. Przecież Ona jest młodsza ode mnie, pomyślałam!

       Jak zwykle nastąpiło badanie chorej. Pani Ania porozumiewała się z otoczeniem za pomocą kartki i długopisu. W ten sposób przekazała doktor wszystkie potrzebne informacje, resztę dokończyła mama chorej kobiety. Wkrótce okazało się, z jakiego powodu był ten płacz. Otóż syn naszej podopiecznej Borys, złapał jakąś infekcję i podawany antybiotyk nie tylko nie poprawił stanu zdrowia, ale pojawiła się wysypka. Dziecko usłyszało, że jeśli kolejny lek nie pomoże, będzie musiało pojechać do szpitala. Jak można nie być przestraszonym, kiedy się słyszy coś takiego a mama po przyjściu właśnie ze szpitala, wygląda tak, jak wygląda?


        Borys się uspokaja, zostaje z nami w pokoju. Zajmujemy go rozmową o rysowaniu, nawet coś tam rysuje na karteczce. Zostaję przedstawiona jako „nadworna” malarka i że potrafię malować anioły. Pada propozycja, żebym narysowała anioła dla Borysa. Pytam chłopca jak jego zdaniem wygląda anioł? Według niego ma długie, ciemne włosy, skrzydła, aureolę, długą suknię. Pytam czy ma nogi? Odpowiedź brzmi: „Po co mu nogi, jak ma skrzydła?” Wszyscy oczywiście wybuchają śmiechem, że zadają takie niemądre pytania, ale ja mam w tym ukryty cel! To ciekawe, jak dzieci widzą te Niebieskie Stworzenia, oprócz tego, wciągamy chłopca w rozmowę (może na chwilę zapomnieć o kłopotach) i po prostu z nami pobyć! Rysuję na małej karteczce aniołka według opisu Borysa, trzymającego serduszko. Gotowy rysunek bardzo się podoba. Pada pytanie, czy może wziąć i czy ... może się do Niego modlić? Mówię, że do tego nie, ale namaluję anioła, którego poświęcimy i do którego będzie można się modlić.

        Anioł był gotowy w ciągu trzech dni. Po kilku kolejnych, został poświecony. Jednak zawsze coś stało na drodze, żeby obraz zawieść. Okazja nadarzyła się dopiero w Wielki Piątek. Na wizytę jechaliśmy z bijącymi sercami, nie wiedząc, co nas czeka, bo chora właśnie przyjechała z naświetlań.

       Pani Ania bardzo, bardzo słaba. Nawet tak proste badanie jak podniesienie nóg do góry, zmęczyły chorą. Obraz został zaakceptowany uśmiechem i szeptem, że bardzo ładny i „wylądował” w pokoju syna  (nawet pasował kolorystycznie do koloru pokoju). Aby nasza podopieczna mogła odpocząć, przeszliśmy do pokoju obok. Babcia nam wyjawiła, że martwi się o wnuczka, ponieważ jak sam stwierdził, jego modlitwy nie przynoszą rezultatów. Miał nadzieję, że teraz, gdy mama wróci ze szpitala będzie już dobrze... Ks. Marek poszedł z nim pogadać. Jak przebiegała rozmowa, nie wiem, ale tak sobie myślę, że ciężko jest wytłumaczyć małemu chłopcu to, co się dzieje. Dlaczego jego mama jest tak ciężko chora i nie może się z nim bawić, odrabiać lekcji a woli spokój i ciszę?! Dlaczego???

      Borys ma jeszcze jedną Mamę, która będzie przy nim, gdy ta odejdzie. Nie zdaje sobie z tego sprawy, że jest pod szczególną opieką Maryi. Ona wie, co to znaczy stracić najbliższego i go nie opuści! Tylko jak ciężko w to uwierzyć?


„Oto Matka twoja”


wasz korespondent hospicyjny
MonikaWężyk

Św. Weronika

         Dawno, dawno temu, daleko stąd, żyła sobie kobieta imieniem Weronika.

       Początek jak z bajki, prawda, ale to nie bajka. Przenieśmy się 2000 lat wstecz. Wszyscy znacie tę kobietę. Ja Ją sobie wyobrażam jako niską, szczupłą  i piękną, młodą dziewczynę. Ciemne włosy i oczy. Jest czuła na krzywdę drugiego człowieka, jak to się mówi, ma dobre serce. Nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród grona znajomych. Spokojna, tak, jak inne kobiety wówczas w Jerozolimie, zajmuje się gospodarstwem domowym. Nie wiemy kiedy i jak dowiedziała się o Chrystusie. W Piśmie Św. jest tylko krótka wzmianka o Jej wyczynie. Tak, wyczynie, bo wyobraźcie sobie szalejący tłum, który żąda śmierci i żołnierzy, którzy próbują ten tłum powstrzymać, aby Ten, Który jest tak znienawidzony, mógł nieść swój krzyż dalej. Tłok, zamęt, hałas i Ona, dziewczyna, która podchodzi do Jezusa i wyciera Jego twarz zlaną krwią i potem. Na pewno musiała odczuwać lęk. Zwyciężyło jednak Jej dobre serce! I choć nie jestem feministką to muszę powiedzieć: „Kobiety górą!” Uczniowie uciekli, jeden się zaparł, Szymona musieli przymusić do pomocy a Ona, kobieta?! Za ten miłosierny gest Pan Jezus odwdzięczył się pozostawieniem swojego odbicia na chuście.

        Dlaczego piszę o tej Weronice? Całkiem niedawno poznałam też taką wspaniałą kobietę. Jest również piękna i ma tak samo na imię. Włosy ciemno blond, delikatnie się kręcą. Nie wiem jakiego koloru ma oczy, bo zawsze śpi, ale jak słodko wygląda leżąc na brzuszku! (bardzo to chyba lubi) No oczywiście, nasza bohaterka ma 10 miesięcy, urodziła się  w zamartwicy, po długim i ciężkim porodzie. Przeżyła niewydolność krążenia, oddychania, nerek – była dializowana i dopiero po 3 miesiącach po urodzeniu mogła wrócić do domu ze skierowaniem do Hospicjum Domowego. ( no i niech ktoś mi powie teraz, że miał ciężki start w życiu!).

         Od momentu poznania Weroniki, zastanawiałam się dlaczego Bóg pozwala na takie cierpienie? Zastanawiałam się też, po co ratować takie dzieci? Może jest to okrutne z mojej strony, ale pewnie wielu z Was przychodzi do głowy taka myśl. Z tymi pytaniami zwróciłam się do doktor Marii, lekarza hospicyjnego. Szczerze mówiąc, trochę się bałam reakcji na takie „głupie” pytanie, ale na szczęście jak to doktor powiedziała, był akurat dzień cierpliwości. A oto, co mi odpowiedziała.
Wiele dzieci rodzi się w zamartwicy, wielu nie daje się większych szans na życie, ale dzięki nowoczesnej medycynie, rehabilitacji, wiele udaje się uratować. Czasem wykonuje się cesarskie cięcie, aby zminimalizować skutki porodu. Gdy wiemy, że dziecko w łonie matki jest już poważnie chore, czasem rodzi się siłami natury i wówczas np. umiera. W Polsce powstały już hospicja, które zajmują się rodzicami, którzy spodziewają się chorego dziecka. Ratujemy wszystkich, bez wyjątku! To nie my możemy decydować, które dziecko może żyć! Tak też było z Weroniką.
 Rodzice, natomiast, stoją przed trudnym zadaniem opieki nad takim dzieckiem, ale zadaniem wszystkich (nie tylko hospicjum) jest pomóc im.

        Jak, tak sobie nad tym wszystkim myślałam, to przyszła mi do głowy odpowiedź na moje pytanie i stąd ten wstęp o Św. Weronice. Otóż, Pan Jezus s. Faustynie powiedział, że ten świat już dawno by zginął, gdyby nie „Ofiara chorych dzieci”! Ta mała Weronika, tak samo jak jej imienniczka, idzie razem tą Drogą Krzyżową z Chrystusem i ociera Mu twarz. Choć zdaniem doktor Marii, nasza podopieczna nie cierpi, ale cierpi cała jej Rodzina, która potrzebuje wsparcia. Św. Weronika po otarciu twarzy Jezusowi zapewne została gdzieś
w tyle, zagłuszona przez tłum. Jedyne, co Jej zostało to chusta. A Rodzice naszej Weroniki? Też zostają w tyle, niezrozumiani przez najbliższych, z ciężarem trosk, rachunków, kolejnych wizyt w szpitalu.


„Jeżeli chcesz mnie naśladować,
to weź swój krzyż na każdy dzień
i choć ze Mną zbawiać świat
kolejny już wiek”



        Kochani Rodzice! Jesteście naprawdę dzielni! Nie można też zapomnieć o starszej siostrze Weroniki, która dzielnie asystuje przy swojej młodszej siostrze!  Nie załamujcie rąk! Kiedyś wszyscy się dowiemy, dlaczego? Teraz idźmy razem z Chrystusem i pomóżmy małej, św. Weronice ocierać Jego twarz!
Zachęcam wszystkich do modlitewnego wsparcia dla Rodziny naszej Weroniki, Martyny i innych, którzy są w podobnej sytuacji!


Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

 

 

 

Pan Tadeusz

" Oto jest dzień, który dał nam Pan..."

        Na ten właśnie dzień czekaliśmy rok, tzn. od roku czasu snuliśmy plany, jak to zrobić? Choć i tak decyzja ostateczna należy zawsze do Szefa, to musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Jak to nasz podopieczny mówi: "Tylko raz ma się 80-te urodziny!".
Przez ten rok wiele się działo z naszym Chorym, poważne kłopoty z sercem, krążeniem. Im bliżej tego dnia, tym stan był gorszy.
Jak to u nas w hospicjum bywa, mieliśmy zrobić imprezę plenerową w naszej "posiadłości", jednak pogoda mogła spłatać nam figla, dlatego musieliśmy wymyśleć coś innego.
Wszystko przygotowane (oczywiście bez stresu się nie obyło), goście zaproszeni i nadszedł upragniony dzień 31. 07. 20011 r.

      Spotykamy się wszyscy, tzn. Rodzina, znajomi, przyjaciele i wolontariusze hospicjum w naszym małym kościele na ul. Młodzianowskiej 124 o godz. 14 30. Pan Tadzio, jako, że nie ma ogromne kłopoty z chodzeniem, zostaje przywieziony żółtą karetką a z niej specjalnym wehikułem najnowszej generacji czyli, wózkiem inwalidzkim (i jeden kłopot z głowy). Eucharystia była uroczysta, kazanie specjalne na tę okazję a na koniec wspólne zdjęcie i ... w drogę!
Czym się da i jak się da, jedziemy do Baru Pokusa, gdzie nasi przyjaciele Leszek i Agnieszka już na nas czekają.

         Wszyscy do stołu, a nasz uparty Solenizant co? Nie usiądzie do stołu i nie będzie nic jadł, bo lubi tylko domowe jedzenie! Powoli jednak dał się przekonać i jak się okazało, zjadł talerz flaków, kurczaka w warzywach, kawałek tortu i wypił lampkę szampana, oraz spróbował nalewki zrobionej przez naszą Alinę (jak na kopgoś, kto zapierał się rękami i nogami to chyba dużo, nie uważacie?). Mogliśmy powspominać poprzednie lata uwiecznione na zdjęciach i dzięki naszemu wolontariuszowi Jackowi oglądaliśmy je wyświetlane na tv, oraz pośmiać się ze zdjęć robionych już na imprezie. Było wesoło, oj było! Śpiewy, tańce, toasty, jak przystało na 80-te urodziny, hucznie!

      Wszyscy najedzeni (choć na stołach mało ubyło) a nasz Solenizant jakoś się nie kwapi do wyjścia? Co prawda, nasi Gospodarze mówią, że możemy tak do środy, w czwartek nas będą powoli wyganiać, ale nie ma co nadużywać gościnności. A po tak długim nie wychodzeniu z domu, to duży wysiłek dla chorego (no i było się tak upierać?).

      O tych urodzinach jeszcze długo rozmawiamy na kolejnych wizytach, zbierając wyrazy uznania przesyłane przez Rodzinę naszego chorego, ale to wszystko dzięki Bogu, wszak nasze plany nie zawsze są zgodne z planami Szefa! I oby nasz dobry Pan Bóg pozwolił na kolejne tak miłe uroczystości!

Z pierwszej ręki
wasz okrąglutki
wolontariusz hospicyjny
Monika Wężyk

 

Poniżej przedstawiamy wideo foto-montaż na 80 urodziny wykorzystując zdjęcia z wizyt u pana Tadeusza.




Zdjęcia z 80 urodzin pana Tadeusza prezentujemy w galerii foto. Zapraszamy

Dzieciaki

 "...Jeżeli chcesz mnie naśladować, to weź swój krzyż na każdy dzień..."

Wszystko zaplanowane, można powiedzieć w najdrobniejszych szczegółach.

To będzie taki swoisty „dzień dziecka” tzn. 3 wizyty u naszych hospicyjnych dzieci. Wszystkie wizyty poza Radomiem, dopiero wieczorem u seniora- pana Tadeusza.

Wszystko zaplanowane, ale jak to mówią wojskowi: „Człowiek strzela, ale Pan Bóg kule nosi”, u nas można powiedzieć: „Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz...”

Doktor Maria dzwoni, że musi pojechać do chorej, która właśnie odchodzi. Skontaktowała się z rodzicami naszych małych podopiecznych telefonicznie. Nic niepokojącego się nie dzieje, więc jeśli zdąży to dojedzie a jeśli nie - umówi się na inny dzień.

Jadę z Marzeną i Anią, która choć akurat ma dzień wolny, zgodziła się zostać naszym kierowcą. Jedziemy jej samochodem.

Drzwi otwiera nam Mama 11-letniego Jasia. Chłopiec w swoim krótkim życiu przeszedł tyle, że aż się serce kraje, gdy się tego słucha. Przeżył duże komplikacje już po pierwszej chemii. Jego życie kilkakrotnie wisiało na włosku.

Jest wesołym chłopcem. Duże mądre, brązowe oczy, włosy zaczynają odrastać po chemioterapii. Nie lubi hałasu (ból głowy), kiedy się porusza, czasami jakby się lekko chybotał. Jest troszkę zawiedziony, że nie ma doktor. Z moich obserwacji wynika, że bardzo polubił naszą lekarkę! Za to Piotruś, jego 6- letni brat, chwali się specjalnym opowiadaniem, które podyktował Mamie, o smoku. Podobno chłopcy bardzo się cieszą na nasz przyjazd. Piotruś nawet sprząta z ławy, żebyśmy mogli się bawić. Ciepło się robi na sercu, że tak jesteśmy potrzebni my, zwykli wolontariusze! W sumie nie robimy nic nadzwyczajnego, ale skoro okazanie trochę zainteresowania, zabawa, śmiech są tak potrzebne, to… Gramy więc w Monopol. Chłopcy objaśniają reguły gry, dowiadujemy się w co iwestować. Fajnie jest słuchać takich mądrości z ust tych Maluchów. Co dobre, szybko się jednak kończy. Żegnamy się z Rodziną, ale gdzie jest Piotruś? Siedzi ze spuszczoną głową i założonymi na piersi rękami. Coś się stało? Po prostu nie chce nas puścić! Kochany Maluch!

Trochę zajmuje nam dotarcie do Wieniawy. Za „gps-a” służy tym razem Duch Święty, doktor Maria (instrukcje przez telefon) i dobrzy ludzie spotkani po drodze. Razem z Marzeną jesteśmy tu pierwszy raz. Od razu „ląduje” na mych rękach nasze kolejne dziecko, Martynka. Urodziła się z poważnym uszkodzeniem mózgu. Nie wiadomo czy widzi, ma dwa aparaty słuchowe, nie ma odruchu ssania. Do tej pory była karmiona przez sondę, teraz ma założoną gastrostomię tj. rurkę do żołądka, przez skórę brzucha. Czuje się przyjazną atmosferę, jednak boję się pytać, żeby czymś nie urazić Mamy. Ostatnio w szkole miałam zajęcia, na których się mówiło o tym, że aborcja ze względów społecznych, zdrowotnych, powinna być dopuszczalna, więc pytam Mamę Martynki, czy mając tak chorą córeczkę, nie chcieli Jej zostawić? Odpowiada ze łzami w oczach, że czekali na dziecko 10 lat, więc jak by mogli teraz Ją zostawić? Mówi, że powoli się dowiadywali o kolejnych chorobach, więc mieli czas, żeby się z tym oswoić, ale i tak ogrom nieszczęścia jest wielki! I tak sobie myślę, że tyle zdrowych dzieci zabija się tylko dlatego, że są nie chciane! Tym większa chwała dla Rodziców naszych dzieci! Zostawiam Mamie książkę o którą prosiła, o umieraniu dzieci. Jesteśmy też świadkami fachowej zmiany opatrunku. Ufam, że jeszcze się zobaczymy!

Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa, gdzie czeka na nas Dominik. Pewnie się zastanawiacie: „Dlaczego Pan Bóg dopuszcza takie cierpienie na niewinne dzieci?” Ja też to pytanie sobie zadawałam. Otóż ks. Pawlukiewicz w audycji radiowej (Radio Plus) wyjaśnia, że nie zawsze jest tu „wina „ Boga. Czasami sami rodzice są winni, czasem lekarz, a czasem? Cierpienie jest wpisane w życie człowieka. Jest to nasza droga do Zbawienia. A my mówimy: „Jacy oni biedni!” A czy nie bardziej biedni są ci rodzice, którzy zabijają własne dzieci? Zresztą Mama Dominika kiedyś powiedziała, że gdyby nie choroba Syna, prawdopodobnie byłoby inaczej, gorzej. Ten dom i ta Rodzina to naprawdę fantastyczny przykład dla nas! Tu w centrum nie stoi telewizor! Tu najważniejszy jest drugi człowiek i Chrystus w ciele małego Dominika. Odbieramy też pisanki, które udekorowała dla nas Wiktoria, Jego siostra.

W innej audycji w Radiu Maryja, ksiądz, który pracuje w szpitalu onkologicznym przy dzieciach, powiedział, że Św. Faustyna zapytała Jezusa o cierpienie dzieci. Pan Jezus się zasmucił i powiedział: „Dzięki takim dzieciom świat jeszcze istnieje!” Okrutne, prawda? Ale czy nie powinno nam dać do myślenia i do działania? Dobrego działania?

Czytam ostatnio Dzienniczek s. Faustyny i wierzę w ogromne Miłosierdzie Boże i wierzę w to, że Jezus jest w każdym z tych domów, jeśli jego domownicy nie zamkną Mu drzwi, bo to ogromne obciążenie żyć na co dzień ze świadomością bliskiej śmierci swojego dziecka! Ale jakie ogromne świadectwo dla nas!

I jeszcze taka myśl z ostatniej chwili. Na jednej z ostatnich wizyt u chorej, córka naszej podopiecznej powiedziała, że podczas rozmów w pracy wszyscy mówią, że nie opiekowaliby się swoimi rodzicami. Po prostu by oddali! Tylko gdzie?!

Wieczór. Doktor Marysia odprowadziła chorą, wspierała zagubioną Rodzinę.

Spotkałyśmy się u pana Tadzia, mojego hospicyjnego Dziadka. Ma coraz większe problemy z chodzeniem. Badanie, opukiwanie, wypisanie recept, ale też wysłuchanie bolączek (zawsze to jakoś lżej), opowieści o tym, co u nas i jak zwykle kolacja, bo od Dziadka nie można wyjść głodnym.

Kolejny dzień hospicyjny za mną.

„Jaki był ten dzień, co darował, co wziął.

Czy mnie wyniósł pod niebo czy zrzucił na dno.

Jaki był ten dzień, czy coś zmienił, czy nie.

Czy był tylko nadzieją na dobre i złe?”

Dziękują Panie Jezu Miłosierny za ten dzień i za te nasze Rodziny. I proszę wspieraj ich na tej trudnej drodze do Zbawienia, bo przecież „ Zbawienie przyszło przez krzyż!”

 

 

Wasz korespondent hospicyjny

Monika Wężyk

Akt oddania się Panu Jezusowi według ks. Dolindo Ruotolo

Ksiądz Dolindo Ruotolo, świątobliwy kapłan urodzony w Neapolu, cieszył się wielkim szacunkiem ojca Pio, który zwykł mawiać do przybywających do San Giovanni Rotondo Neapolitańczyków: „Macie księdza Dolindo, po co do mnie przychodzicie?”. Pozostawił on akt oddania Jezusowi, a właściwie zapis słów przez Niego wypowiedzianych - podobnie jak zapisywała je s. Faustyna. Cały tekst tchnie nawoływaniem do dziecięcej ufności:

         „Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie Mi troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, że każdy akt prawdziwego, ślepego i całkowitego oddania się Mnie rozwiązuje trudne sytuacje. Oddanie się Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, abym podążał za wami. Oddanie się, oznacza zamianę niepokoju na modlitwę. Oddanie się oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od udręki i poddanie się Mnie, bo tylko dzięki Mnie poczujecie się jak dziecko uśpione w objęciach matki, gdy pozwolicie, abym mógł przenieść was na drugi brzeg.
         To co wami wstrząsa, co was boli bezgranicznie te wasze wątpliwości, wasze przemyślenia, wasze niepokoje i chęć przedsięwzięcia odpowiednich kroków za wszelką cenę, aby zapobiec temu, co was trapi.

          Czegóż nie dokonuję, gdy dusza, tak w potrzebach duchowych jak i materialnych, zwraca się do Mnie, patrzy na Mnie mówiąc: „TROSZCZ SIĘ TY", zamyka oczy i uspokaja się! Dostajecie niewiele łask, kiedy się męczycie i dręczycie, aby je otrzymać; otrzymujecie ich bardzo dużo, kiedy modlitwa jest pełnym oddaniem się Mnie. W cierpieniu prosicie, żebym oddalił je od was, ale w taki sposób, jaki wy sobie tego życzycie...

          Zwracacie się do Mnie, ale chcecie, bym to ja dostosował się do waszych planów. Nie bądźcie jak chorzy, którzy proszą lekarza o kurację, ale sami mu ją podpowiadają.  Nie postępujcie tak, lecz módlcie się, jak was nauczyłem w modlitwie „Ojcze nasz”: „Święć się imię Twoje”, to znaczy bądź uwielbiony w tej mojej potrzebie; „Przyjdź Królestwo Twoje”, to znaczy niech wszystko przyczynia się do chwały Królestwa Twojego w nas i na świecie; „Bądź wola Twoja” to znaczy Ty decyduj. Ja wkroczę z całą Moją wszechmocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. Czy widzisz, że nieszczęścia następują jedne po drugich, że sytuacja wciąż się pogarsza, zamiast się poprawiać? Nie przejmuj się, zamknij oczy i powiedz Mi z ufnością: „Bądź wola Twoja, troszcz się Ty”. Powiadam ci, że się zatroszczę, że interweniuję jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dostrzegasz, że stan chorego się pogarsza? Nie przerażaj się, ale zamknij oczy i powiedz: „Troszcz się Ty”. Zapewniam cię, że się zatroszczę.

         Sprzeczne z oddaniem się Mnie jest zamartwianie się, niepokój, chęć rozmyślania o konsekwencjach zdarzenia. Przypomina to zamieszanie spowodowane przez dzieci, które domagają się, aby mama troszczyła się o ich potrzeby, a jednocześnie wszystko chcą zrobić samodzielnie, utrudniając swymi pomysłami i kaprysami jej pracę. Zamknijcie oczy i pozwólcie się ponieść nurtowi Mojej Łaski, zamknijcie oczy i pozwólcie Mi działać, zamknijcie oczy i nie myślcie o chwili obecnej, odwróćcie myśli od przyszłości jako od pokusy.

        Oddajcie się Mnie, uwierzcie w Moją dobroć, a przysięgam wam na Moją Miłość, że kiedy z takim zamiłowaniem mówicie: „Troszcz się Ty”, Ja w pełni się zatroszczę, pocieszę was, wyzwolę i poprowadzę. A gdy zmuszony jestem poprowadzić was drogą odmienną od tej, jaką widzielibyście dla siebie, wówczas pouczam was, noszę w moich ramionach, bo nie istnieje skuteczniejsze lekarstwo nad interwencję Moją Miłością. Jednak troszczę się tylko wtedy, kiedy zamkniecie oczy.

        Jesteście bezsenni, wszystko chcecie oceniać, wszystkiego dociec, o wszystkim myśleć i w ten sposób zawierzacie siłom ludzkim, albo jeszcze gorzej - ludziom, pokładając zaufanie w ich interwencję. A to właśnie stoi na przeszkodzie Moim słowom i Moim zamiarom. O! Jak bardzo pragnę tego waszego całkowitego oddania się Mnie, abym mógł was obdarować i jakże smucę się widząc, że jesteście niespokojni!
Szatan do tego właśnie zmierza: aby was podburzyć, by oddzielić was ode Mnie i od Mojego działania i rzucić na pastwę ludzkich poczynań. Przeto ufajcie tylko Mnie, spocznijcie we Mnie, oddajcie Mi się we wszystkim. Czynię cuda proporcjonalnie do waszego pełnego oddania się Mnie, a nie do waszego zaufania w was samych. Wylewam na was skarby łask, kiedy znajdujecie się w całkowitym ubóstwie!

        Jeżeli macie swoje zasoby, nawet niewielkie lub staracie się je posiąść, pozostajecie w naturalnym obszarze, a zatem podążacie za naturalnym biegiem rzeczy, który jest często utrudniany przez szatana. Żaden człowiek rozumujący i rozważający tylko według logiki ludzkiej nie czynił cudów, nawet spośród Świętych.

         Na sposób Boski działa ten, kto odda się Bogu. Kiedy widzisz, że sprawy się komplikują, powiedz z zamkniętymi oczami duszy: „Jezu, troszcz się Ty!”. I odwróć swoją uwagę w inną stronę, bo dociekliwość twego umysłu utrudnia ci dostrzeżenie zła. Zawierzaj Mi często nie skupiając uwagi na samym sobie. Czyń tak we wszystkich swoich potrzebach. Czyńcie tak wszyscy, a zobaczycie wielkie, nieustanne i ciche cuda. To wam poprzysięgam na Moją miłość. Zapewniam was, że Ja się zatroszczę.

         Módlcie się zawsze z tą gotowością do oddania się Mnie, a zawsze będziecie odczuwać wielki spokój ducha i osiągać znaczne korzyści, również wtedy, gdy udzielam wam łaski ofiary, zadośćuczynienia i miłości, która nakłada na was cierpienie. Wydaje to ci się niemożliwe? A zatem zamknij oczy i powiedz całą swoją duszą: „Jezu, troszcz się Ty!”. Nie lękaj się, ja się zatroszczę.

         A ty błogosławić będziesz Imię Moje, nie dbając o siebie samego. Twoje modlitwy nie mają takiej wagi, jak ten akt pełnego ufności oddania się Mnie; zapamiętaj to sobie dobrze. Nie ma skuteczniejszej Nowenny od tej: „Och Jezu, oddaję się Tobie, troszcz się Ty”.


„Oddaj się Mojemu Sercu... a zobaczysz”.


        Chcę, żebyś wierzył w Moją wszechmoc, a nie w twoje poczynania, żebyś pozwolił działać Mnie, a nie innym. Szukaj Mojej bliskości, spełń Moje pragnienie posiadania cię, wzbogacenia i kochania tak, jak tego chcę. Zapomnij się, pozwól, abym spoczął w tobie, pozwól, aby Moja wszechmoc nieustannie znajdowała w tobie ujście.

       Jeśli pozostaniesz blisko Mnie, nie będziesz się martwił, że działasz samodzielnie, że żyjesz w ciągłym pośpiechu po to, żeby ci się udało, żeby stwierdzić, że coś zrobiłeś, udowodnisz Mi, iż wierzysz, że jestem wszechmogący, a Ja intensywnie będę pracować z tobą: kiedy będziesz mówił, chodził, pracował, modlił się lub spał, bo „moim umiłowanym dam to, czego potrzebują nawet gdyby byli jak we śnie” (Psalm 12-6). Jeśli będziesz ze Mną i nie będziesz się chciał spieszyć, ani nie będziesz się martwił o nic dla siebie, a zwrócisz się do Mnie z bezgranicznym zaufaniem, dam ci wszystko, czego będziesz potrzebował, zgodnie z Moim zamysłem wiecznym. Dam ci uczucia, których wymagam od ciebie, dam ci ogromne współczucie dla bliźniego i spowoduję, że będziesz mówił i czynił to, co Ja będę chciał. Wówczas twoje działanie pochodzić będzie z Mojej Miłości. Tylko Ja, a nie ty wraz ze wszystkimi twoimi poczynaniami stworzę nowe dzieci, które zrodzą się ze Mnie. Stworzę ich tym więcej, im bardziej będziesz chciał się stać moim prawdziwym synem, jak mój Jednorodzony. Albowiem wiesz, że „jeśli wypełnisz Moją wolę, będziesz Mi bratem, siostrą i matką”, pozwalając mi, abym zrodził się w innych, bo Ja stworzę nowe dzieci, posługując się prawdziwymi dziećmi. Twoje poczynania dążące do osiągnięcia celu to tylko pozory w stosunku do tego, czego Ja dokonuję w tajemnicy serc tych, którzy kochają. „Trwajcie w Miłości Mojej... jeśli trwać będziecie we Mnie i trwać będą w was Moje Słowa, proście o cokolwiek byście chcieli, a będzie wam dane” (Jan 15).

Z: „Nazwałem się Dolindo, to znaczy boleść”. Autobiografia kapł. Dolindo Ruotolo, (1882-1970) tercjarza franciszkańskiego, który został przeniesiony i pochowany w parafii MB Niepokalanej z Lourdes i św. Jana dei Vecchi w Neapolu. Więcej na Wikipedia >>>

Marzenie

 "Minuta po minucie czyńcie wszystko dla miłości i stawajcie się świętymi"

 Marzenia. Każdy z nas je ma. Jedne ogromne, inne całkiem malutkie. Chciałabym Wam opowiedzieć o kolejnym spełnionym hospicyjnym marzeniu. Opowiadałam już kiedyś o Dominiku, więc tylko przypomnę. Urodził się z bardzo rzadką chorobą. Jego organizm nie przyswaja miedzi. Niby nie brzmi groźnie a jednak. Nasz podopieczny jest pod całodobową opieką rodziców, a konkretniej: Mamy. Chudziutki, nie potrafi przełykać śliny ani sam jeść. Całkiem niedawno zastąpiono sondę, którą miał założoną przez usta taką rurką prosto do żołądka ( PEG), rurka tracheotomijna, odsysania, pampersy to codzienność.

 I tak podczas wizyty, wyszło na jaw, że Mama Dominika pani Renata, czytając kiedyś Gościa Niedzielnego natrafiła na artykuł o dziwnie ubranych siostrach (białe habity, czerwone welony).

Podobno dzieją się tam cuda. Jakie? "Byłyśmy już wyczerpane przerzucaniem siana i wtedy westchnęłam: Panie Boże, świętym pomagałeś, a nam nie pomożesz? I wtedy na bezchmurnym niebie zjawiła się trąba powietrzna... "

"Wszyscy gdzieś wyjeżdżają, a ja nie"- pani Renata żaliła się do męża. Nie chciałaby jednak, żeby ten wyjazd był zwykłym wyjazdem. Chciałaby, jak to się mówi "naładować akumulatory"!

To mi wystarczyło. Zaraz w drugim pokoju odbyło się "zebranie" i razem z mężem panem Sławkiem i córką Wiktorią ustaliliśmy, co następuje. Ja mam się dowiedzieć, gdzie owe siostry są i zorganizować wyjazd, Oni przekonają panią Renatę i zaopiekują się Dominikiem podczas wyjazdu.

Dzięki Bogu wszędzie mamy "swoich ludzi" a u owych sióstr był już nasz wolontariusz Jacek. Sprawa załatwiona. Czekamy tylko na pogodę i w drogę. No i pogoda przez kilka dni piękna a tuż przed wyjazdem... śnieg! I wiecie co? Przestało mi się chcieć jechać! Zimno, kłopoty w domu, mało odpoczynku. Coś mi jednak mówiło, że to będzie dla mnie też dobre. Mówię sobie: "Jeśli pani Renata wyrazi taką chęć, to nie będę się sprzeciwiać!".

Wyjechaliśmy w niedzielę o 8 rano. Dołączyła do nas Kasia, znajoma Jacka. Trasa prowadziła do Rybna, wioski niedaleko Sochaczewa. Za oknem piękne słońce a my w samochodzie mamy takie mini rekolekcje. Odmawiamy Różaniec, Koronkę do Bożego Miłosierdzia, słuchamy pouczających kazań księdza Pawlukiewicza. O czym? Na przykład: że nie mamy szacunku dla ludzi poświęconych Bogu. Te wszystkie kawały na temat sióstr zakonnych, przezwiska itd., albo wstydzimy się przyklęknąć, gdy idzie ksiądz z Jezusem, ale zapalić kadzidełko to bardzo chętnie!

W Rybnie wita nas obraz Jezusa Miłosiernego zawieszony na drzewie tuż nad aleją prowadzącą do małego, starego domku, w którym mieszkają Siostry Służebnice Bożego Miłosierdzia. Niestety, już wiemy, że z żadną nie porozmawiamy, ponieważ w Wielkim Poście nie przyjmują gości. To najmłodszy, klauzurowy zakon w Polsce.

Wchodzimy do maleńkiej kaplicy, gdzie jest wystawiony Najświętszy Sakrament. Cisza. Jesteśmy sami, nie licząc sióstr klęczących za drewnianymi kratami. Żadna na nas nie spojrzy, wpatrzona w Jezusa. I taka refleksja. Że ja tak nie potrafię. Nie potrafię zapomnieć o całym świecie chociaż na chwilę podczas modlitwy. Tutaj najważniejszy jest Jezus! Wychodzę na dwór. W ganku mój wzrok pada na leżące tam ulotki i co widzę?

"...Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie Mi troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi... Oddanie się Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, abym podążał za wami... Czegóż nie dokonuję, gdy dusza, tak w potrzebach duchowych jak i materialnych, zwraca się do Mnie... W cierpieniu prosicie, żebym oddalił je od was, ale w taki sposób, jaki wy sobie tego życzycie... Nie bądźcie jak chorzy, którzy proszą lekarza o kurację, ale sami mu ją podpowiadają..."

Don Dolindo Ruotolo, kapłan, który żył i umarł w opinii świętości, spisał poniższy tekst zainspirowany przez Jezusa.

 Św. siostra Faustyna zachęca do uczynków miłosierdzia, które mogą być praktykowane w trojaki sposób:

1. Czynem

2. Słowem, przez przebaczenie i pocieszenie

3. Modlitwą, która dostępna jest nawet, gdy nie można spełnić uczynków miłosierdzia ani też

wypowiedzieć słowa przebaczenia lub pocieszenia.

Myślę, że to było właśnie to, czego szukałam! "Oddajcie to wszystko Mnie!".

Czas na Mszę Św. i Gorzkie Żale w pobliskim kościele. Jeszcze raz wracamy na krótko do kaplicy sióstr.

" Lepiej jest być ubogim w dobrach ziemskich aniżeli biednym na duszy i w wierze. Najlepszą pomoc przyniesiesz ludziom, gdy będziesz się za nich modliła. Modlitwa za innych jest największym wyrazem miłości".

Te słowa, jakie Anioł Stróż przekazał Natuzzie Evolo, włoskiej stygmatyczce, o której również czytamy podczas drogi. Odwożąc panią Renatę, wchodzimy na herbatę. Dominik był grzeczny, jak mówi Tata, tylko jakoś obiadu się nikomu nie chciało gotować! :)

Jesteśmy zmęczeni. Niektórym jazda dała się bardzo we znaki. Opowiadam później krótko o rodzinie Dominika Kasi, która sama jest mamą i która jest pod wrażeniem całej Rodziny, tego, jak się nawzajem wspierają mimo takiego nieszczęścia.

Radom. Jacek nas rozwozi do domów. Dzień się kończy, ale czy był to dobry dzień? Chyba tak, skoro Kasia na pożegnanie powiedziała, że zastanawia sie nad przyłączeniem do nas, wolontariuszy.

Kasiu, szkoda czasu na zastanawianie. Kolejne marzenia czekają do spełnienia!
Dzięki, Panie Boże za tych wszystkich ludzi wkoło mnie i za te "inne" rekolekcje.

 

Wasz korespondent hospicyjny
prosto z drogi
Monika Wężyk

Dzwoni telefon

         Dzwoni telefon. Odbiera dr Maria. Jakiś czas z kimś rozmawia. Dochodzą do mnie pojedyncze słowa: „...Gonimy już resztką sił, ale oczywiście nie mogę pani odmówić pomocy...”Tzn., że zostało przyjęte nowe zgłoszenie w Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu.


        Mój dyżur jest w sobotę, ponieważ wtedy mogę poświęcić tam cały dzień. O godz. 10 jest śniadanie, na którym rozmawiamy o tym co nas czeka. Dziś zaczynamy Mszą Św. u pana Stasia, którego stan jest ciężki, ale ma ogromną wolę walki. Wszyscy Go podziwiamy. Jedziemy w pięć osób; ks. Marek, dr Maria, trzy wolontariuszki, które odwiedzają naszego chorego i ja, Monika. Rodzina już na nas czeka. Najpierw jest Spowiedź, a potem Msza Św., podczas której wszyscy przystępujemy do Komunii Św. Pokój jest rozświetlony światłem ze wszystkich lamp. Podczas modlitwy Ojcze Nasz, trzymając się za ręce  robimy krąg. Widzę w wtedy łzy w niektórych oczach. Każdy każdemu przekazuje znak pokoju, jako jedna, wielka rodzina. Po Eucharystii jest czas na kawę i ciasto oraz pogawędkę. Są kawały o blondynkach i teściowej, które rozbawiają pana Stasia jak też nas wszystkich. Chory dziękuje za wspólną modlitwę, jest wyraźnie radośniejszy. Musimy jechać dalej.


Mamy teraz trochę czasu, więc bierzemy się za mycie naszych żółtych pojazdów (posługa wolontariusza Hospicjum, nie ogranicza się tylko do obecności przy chorym). Jeszcze tylko wspólny, szybki obiad i w drogę.
Zabieramy naszego nowego wolontariusza Dawida i w składzie dr Maria i ja, jedziemy do Kasi, naszego chorego dziecka. Kasia jest na nas troszkę obrażona. Swoim zachowaniem próbuje nas w pewnym sensie szantażować. Kiedy doktor ją bada, my mamy czas porozmawiać z resztą rodziny i zaprzyjaźnić się z psem, który zostaje przekupiony przez Dawida ptasim mleczkiem. Po badaniu, jest „100 pytań do...”, czyli mama dziewczynki pyta lekarza; co, jak, po co i dlaczego tak. Niektóre trudne pytania zostają jednak bez odpowiedzi. Żegnamy całą zwariowaną rodzinkę i wracamy do „bazy”. 

          Chwila oddechu. Coś, jakiś nudny dziś ten dzień- myślę sobie, a kiedy tak sobie pomyślę, zawsze zdarzy się coś niespodziewanego. Ale po kolei. Razem z naszą pielęgniarką Basią, jedziemy do pana Jana ( nowotwór pęcherza moczowego). Jestem tu po raz pierwszy. Nie będę Wam opowiadać na czym polega posługa przy tym chorym, bo jest to dość nie miłe dla samego chorego, jak i dla naszych wolontariuszy (przynosi jednak ulgę panu Janowi!).Ja w czasie, kiedy medyczni zajmują się panem Janem, albo rozmawiam z jego żoną, albo biegam co chwilę po coś do karetki. Kiedy wizyta zbliża się do końca, dr Maria dostaje telefon. Dzwoni córka chorej z nowotworem gruczołu krokowego. Są jeszcze pod opieką przychodni paliatywnej i mieli przyjść do nas w poniedziałek, ale chora krwawi i bardzo źle się czuje. Szybka decyzja, choć dość trudna, bo; jest już późno, przed dr Marią jutro daleka droga a już jest zmęczona i do tego, pierwsze wizyty trwają długo. Jesteśmy niedaleko, jedziemy.


         W domu zastajemy dwie córki i męża chorej, zdenerwowanych i zrozpaczonych. Stan pani Krysi bardzo ciężki. I teraz szybka akcja. Doktor razem z pielęgniarką próbują zatrzymać krwawienie z guza, ja w tym czasie łamię ampułki, nabieram lek do strzykawki i biegam w te i we w te do karetki po wszelkie brakujące medykamenty ( dobrze, że to drugie piętro), oraz opowiadam panu Mieczysławowi (mężowi chorej) o naszej posłudze. Słyszę słowa  skierowane do mnie:„ Ty chyba jesteś bez grzechu, bo ciągle Msze Św, Komunie?” Panie Mieciu, niestety jesteśmy zwykłymi ludźmi. Mamy swoje kłopoty, wady ,złe dni. Doktor później będzie się ze mnie śmiała, że jestem „chłopcem na posyłki”. Mogę być nawet chłopcem, jeśli tylko na coś się przydam!


         Po chwili udaje się zatamować krwawienie, a w między czasie zostają podane kroplówki i leki przeciwbólowe. Zostaje założony opatrunek. Przyjeżdża  ks. Marek. Kiedy pani Krysia zostaje „zabezpieczona fizycznie”, czas na „zabezpieczenie duchowe” tzn. Spowiedź Św. i Sakrament Chorych. Wszyscy stajemy dookoła  modląc się w intencji chorej i w jej intencji przyjmujemy  Komunię Św. Pani Krysia zasypia. Teraz przy herbacie jest czas, aby spokojnie porozmawiać, dowiedzieć się o przebiegu choroby, zapoznać się z rodziną i podtrzymać ją na duchu.

         Zakładamy zeszyt, w którym będzie zapisywane wszystko, co zostało podane, jaki był stan chorej, jakie leki, jak podawać i kto z wolontariuszy przychodzi. Oraz wszelkie możliwe telefony do nas.
Zostaje założony chorej tzw. motylek, aby leki podawać pod skórę. Lek ten będzie nieustannie podawać takie małe urządzenie (to jest dopiero technika!) .
To, co mnie uderza podczas tej wizyty, to sposób w jaki pan Miecio zwraca się do swojej żony. Pani Krysia już nie jest młoda, a Jej wygląd pozostawia wiele do życzenia i do tego jeszcze ta rana. No i to, że trzeba pomóc w toalecie i w ogóle. On bierze żonę na ręce i mówi-„ Moja ty królowo”. Piękne, prawda?!

         Umawiamy się, że jutro wieczorem przyjedzie pielęgniarka i zrobi następną dawkę leku, oraz ewentualnie zmieni opatrunek , poda kroplówkę i założy cewnik.
Jest godz.0.20. Żegnamy wszystkich, życząc spokojnej nocy. Kiedy podchodzę do pani Krysi mówi do mnie: „ Bóg zapłać za wszystko”. Całuję Ją w policzek i mam nadzieję, że zobaczymy się jutro. Nie myślcie, że chcę jechać do pani Krysi, bo nie mam co robić w niedzielę. Nie. Tylko tak sobie myślę, że jak zespół, to zespół. Zawsze do czegoś się przydam Basi, naszej pielęgniarce, no i zobaczę całą rodzinkę, którą zdążyłam polubić.
Niestety. Następnego dnia po południu dostaję wiadomość, że pani Krysia zmarła.
Jest to trudne. Tyle wysiłku i wszystko na marne! Zmęczenie, nie wyspanie, cały ten stres. Jednak nie prawda, bo kiedy później słyszę słowa osoby osieroconej:

„...Wielkie dzięki wszystkim wolontariuszom. To tacy dobrzy Aniołowie, którzy służą swoją pomocą. Dziękujemy za każdą pomoc z waszej strony, za wsparcie duchowe, rozmowę, uśmiech. Gdy patrzyłam na pracę dr Marii, na jej oddanie mimo zmęczenia, myślałam, skoro Ona tak może to ja też dam radę. Postanowiłam już wtedy, że zostanę jedną z nich. Na zawsze pozostaniecie w naszych sercach!...” (Anna Bińkowska)

To był naprawdę dobry dzień. Chwała Panu.

Wasz czasem zasapany korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Małgosia

Droga
Przy drodze krzyż!
Idziesz tamtędy, a więc się zbliż.
Spójrz w Chrystusa zbolałą twarz
I jarzmo własnych swych cierpień zważ.
Rozważ jak cierpiał Chrystus- Człowiek Bóg.
I nie usuwaj kamieni z dróg,
Którymi iść Ci kazał Pan,
Lecz idź z Chrystusem, by nie był sam.
(autor nie znany)

Kochani! Pewnie jak to przeczytacie, powiecie: „wariatka!”. I pewnie będziecie mieli rację. Dodajcie tylko do tego „boża”, bo tyczy się to też do innych mnie podobnych.
Niektórzy z Was pamiętają Małgosię. Dla niewtajemniczonych kilka słów wstępu.
Małgosia ma 20 lat. Pod opieką Hospicjum jest od września 2007. Ma lekkie upośledzenie, dlatego przebywa w ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Ma tylko tatę, dziadka i wujka z najbliższej rodziny. Jej mama i babcia zmarły na raka.
Dotychczas byliśmy u Małgosi towarzysko (my, wolontariusze nie medyczni). Teraz potrzebna jest opieka całodobowa.
Swój nocny dyżur razem z Anią zaczynamy Mszą Św., bo z własnego, krótkiego doświadczenia wiem, że tylko siłami ludzkimi nie damy rady.


            Kiedy wchodzimy do pokoju naszej podopiecznej, zajęta jest wyklejaniem małymi kulkami plasteliny obrazka dla jednej z wychowawczyń. Wita nas dość chłodno, bardziej zajęta swoją pracą. Następnego dnia ma być wielkie święto. Zostanie Jej udzielony Sakrament Bierzmowania. Jest tym faktem bardzo przejęta. Co jakiś czas przypominamy sobie regułkę, którą ma powiedzieć w czasie udzielania sakramentu. Ma trudności z zapamiętaniem, ale chęci ogromne! Mówi, że przed snem jeszcze raz sobie powtórzy i schowa kartkę pod poduszkę (podobno pomaga, muszę spróbować).


          Czas na leki i wieczorną toaletę, bo już bardzo późno. Stan Małgosi się pogorszył od czasu, kiedy Ją widziałam po raz ostatni. Jest o wiele słabsza. Musimy pomóc Jej się umyć. Kiedy patrzę na to umęczone, wychudzone ciało, przed oczami mam obraz Jezusa ubiczowanego, z tą tylko różnicą, że nie posiada ran ciętych, ale praktycznie całe pokryte jest brodawkami (choroba skóry, która doprowadziła do powstania nowotworu). 
Przyjeżdża doktor Iza z pielęgniarką Basią. Rutynowe badanie, osłuchiwanie, rozmowa z chorą. Dostaję bardzo dziwne zadanie do wykonania. Kiedy medycy przygotowują sprzęty, aby przepłukać port (urządzenie w ciele chorej, przez które podaje się chemię), ja głaszczę lewy bok Małgosi. Jest to miejsce, w którym ulokował się rak i wypycha skórę. Przynosi to naszej podopiecznej ulgę, więc... czemu nie? Śmieję się przy tym, że Ania powinna stanąć za głową chorej z takim wielkim wachlarzem i wachlować naszą Królewnę. Ja będę podawać zimne napoje. Dołożyłam do tego próbę łaskotek i jest... Małgosia zaczęła się śmiać.
Nie ma się czemu dziwić. Dziewczynka była wystraszona tym małym zabiegiem, który Ją czekał. Żeby dodać otuchy, ląduję na łóżku przy chorej i trzymam Małgosię za rękę. Uśmiecha się, kiedy słyszy moje słowa, że jest bardzo dzielna. Na koniec całuję Ją w czoło i zasypia. Ostatnie wskazówki od dr Izy i zostajemy same.


            Ja jeszcze wertuję zeszyt, bo jutro mam egzamin. Gosia budzi się, karze podać sobie ową kartkę z tekstem, czyta kilka razy i wkłada pod poduszkę.
Ania pozwala mi się trochę zdrzemnąć (to już następny dzień). W nocy nasza podopieczna budzi się cztery razy, ponieważ boli. I choć razem decydujemy jaki lek przeciwbólowy podać, to właśnie Ania zajmuje się podaniem. Dopiero nad ranem kładzie się na chwilkę.
Rano, przed godz.7 w oczekiwaniu na naszą zmienniczkę, robi herbatę. Żadnych wymówek, uskarżania się. A ja, wstyd się przyznać, ledwo mogę otworzyć oczy. Dzięki Ania!
Małgosia jeszcze śpi, kiedy zostawiamy Ją pod opieką Basi i pędzimy do pracy. Żegnam się z Anią i wzajemnie dziękujemy sobie za dyżur. Zastanawiam się, jak da sobie radę w pracy. Skoro mnie się mieni w oczach, to co dopiero Jej? (Podobno trochę trzęsły Jej się ręce)
Na Bierzmowaniu już nie mogłam być, bo musiałam pędzić na egzamin z dydaktyki. Wiem z opowiadań, że było bardzo uroczyście. Sakramentu udziela ks. Biskup Stefan Siczek.
Nie wiem, czy poduszka pomogła w zapamiętaniu, ja zapomniałam włożyć swój zeszyt, zresztą i tak spałam bez poduszki.
Nasz już w pełni świadomy chrześcijanin, wyjechał na ferie do domu tj. ok. 70 km. za Radom. Myślicie, że to już koniec naszej opieki? Nie! W sumie trzy razy w tygodniu są u Niej nasi wolontariusze.

           I powiedzcie, czy to nie paradoks? Jedni odchodzą od łóżek swoich pacjentów, drudzy bez żadnego wynagrodzenia są z nimi w dzień i w nocy. Jadą w sumie 140 km., bo jedna, maładziewczynka nas potrzebuje! Dlaczego?


„... Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?...
„... Tego, co ja czynię, ty teraz nie rozumiesz,
ale później będziesz wiedział...”
„... Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi,
to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi
dałem wam bowiem przykład...”
J 13 6-16

Kolejny dzień pod znakiem Hospicjum już za mną. Trochę zmęczona i niewyspana, ale szczęśliwa. Mam nadzieję, że przed następnym dyżurem nocnym będę mogła się wyspać, żeby się Ani „odpłacić”. Aha ! Egzamin zaliczony!


Wasz zwariowany,
czasem zaspany
ale uśmiechnięty
Korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Subskrybuj to źródło RSS

Na youtube