• Pan Stefan i pani Marysia „W moim maleńkim domku tyle ciepła jest ...” tak brzmią słowa jednej z piosenek, które przychodzą mi na myśl, kiedy myślami wracam do tej posługi. Pan Stefan i pani Marysia, dwoje kochających się ludzi, którzy 33 lata temu przysięgali sobie: „...w zdrowiu i w chorobie (...), aż do końca życia.”…
  • Pani Krysia  Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...   Nie było mi dane poznać pani Krysi, choć powiem Wam, że liczyłam, iż się spotkamy. Kiedy Zosia tuż przed Mszą powiedziała mi, że właśnie godzinę temu Jej ciocia odeszła, byłam bardzo zaskoczona i smutna! Nie wiedziałam, że będzie to aż tak…
  • Pani Basia „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną, płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi.” Łk. 23, 28-29        …
Blog Moniki
Blog Moniki

Blog Moniki (7)

A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego , Maria, żona Kleofasa i Maria Magdalena.
J 19, 25-26


Panią Marysię poznaję w bardzo trudnym momencie Jej życia, kiedy stoi przy łóżku swojego umierającego syna. Powyższy cytat z Pisma Św. został zaczerpnięty nie tylko ze względu na zbieżność imion.
Pierwsze spotkanie z Łukaszem było dla mnie dość przerażające. Jak to zwykle bywa, nachyliłam się nad łóżkiem chorego, mówiąc: „ Cześć! Mam na imię Monika” i pocałowałam Go w policzek. „Całusobiorca” zareagował gwałtownymi ruchami i chrapliwym oddechem, jakby chciał coś powiedzieć. Myślałam, że nagle Mu się pogorszyło! Teraz przyszło mi do głowy, że to On pierwszy się mnie przestraszył. Ale już na poważnie.
Ten młody, 25-letni chłopak walczył z bardzo złośliwym nowotworem mózgu- glejakiem. Mimo przebytej operacji i radioterapii guz szybko się rozrastał. Łukasz cały czas leżał, prawa część ciała była sparaliżowana, więc też nie mógł mówić, a wszystko rozumiał. Domownicy musieli po prostu odgadywać Jego pragnienia. Na skutek przyjmowanych leków masa Jego ciała bardzo się zwiększyła, doszło do uszkodzenia skóry. Takie spustoszenie choroba zrobiła w ciągu kilku miesięcy. Praktycznie już wtedy nic nie jadł i pił bardzo mało. Składniki potrzebne do życia dostawał przez kroplówki podawane tak często jak się tylko dało przez nasze lekarki i pielęgniarki.
Pani Marysia była przy synu cały czas, noc- dzień, dzień- noc. Obserwowała to, co robiliśmy, aby później samodzielnie, lub z mężem podawać choremu. Naprawdę, oboje przeszli szybki kurs pielęgniarstwa. No i muszę powiedzieć, że na „szóstkę”!  
Nigdy się nie skarżyła, nie płakała. Cicha, spokojna. Wiem, że dużo się modliła. Kiedy mówiła o synu, uśmiechała się, niestety z czasem te uśmiechy były coraz smutniejsze. Tylko raz uroniła przy nas łzy (my zresztą też nie mogliśmy ich powstrzymać), kiedy opowiadała, jak to Łukasz po powrocie ze szpitala podszedł do okna. Spojrzał wtedy na kwitnące, wiosenne drzewa i ...  rozpłakał się.
Wierzyła do końca, że będzie dobrze. Bóg chciał inaczej.
Czemu musiał odejść tak młody człowiek? Nie pytajcie, nie wiem.
Wiem tylko, że razem z księdzem Robertem ze swojej parafii, snuli plany wyjazdu w góry
i do Ziemi Świętej, odnaleźć ślady Boga. Snując te plany jeszcze pewnie nie wiedzieli, że Łukaszowi przyjdzie kroczyć tą najtrudniejszą drogą, żeby te ślady zobaczyć, drogą cierpienia.
Przez kilka ostatnich dni nasz chory był nieprzytomny, choć reagował na wszelkie bodźce z zewnątrz, dręczony atakami padaczki. Odszedł spokojnie, w środku dnia, przy naszych wolontariuszach. A przy Nim stała Matka Jego.
Łukasz, nie udało nam się pogadać. Mam jednak nadzieję, że kiedyś nadrobimy zaległości! Do zobaczenia w niebie, może być nawet „na dywaniku” u Szefa.



Z poważaniem
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk


Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...

 

Nie było mi dane poznać pani Krysi, choć powiem Wam, że liczyłam, iż się spotkamy.

Kiedy Zosia tuż przed Mszą powiedziała mi, że właśnie godzinę temu Jej ciocia odeszła, byłam bardzo zaskoczona i smutna! Nie wiedziałam, że będzie to aż tak szybko!

Trudno jest pisać o Kimś, Kogo się nie zna. Jednak po tym, co usłyszałam na spotkaniu dla posługujących (takie spotkanie odbywa się w Hospicjum raz w miesiącu) o tej postaci, zaintrygowało mnie do tego stopnia, że postanowiłam zabawić się w „mini dziennikarza” i dowiedzieć się czegoś więcej.

Pani Krysia miała 76 lat i... nowotwora trzustki. Kiedy została hospitalizowana i otwarto Jej jamę brzuszną, okazało się, że komórki rakowe są rozsiane. I jak to się mówi, już nic nie można zrobić! Nie wiem, co powiedziano chorej, ale była przekonana, że po prostu operacja nie była konieczna. Z raną pooperacyjną wypisano Ją do domu wraz ze skierowaniem do hospicjum. To właśnie hospicjum zajmuje się ludźmi dla których już „nic nie można zrobić”.

Na pierwszej wizycie jak zwykle była spowiedź i Msza Św., na którą została zaproszona rodzina i sąsiedzi.

Doktor Iza, która była lekarzem prowadzącym, na moje pytania o tę posługę, mówi, że pani Krysia była zawsze radosna i pełna humoru. Bardzo ciepło wypowiadała się o synu chorej, który przeprowadził się do matki na czas choroby, by móc się Nią lepiej opiekować.

Ogromną pomoc okazały sąsiadki: chrześnica Iwona, siostrzenica Elwira, pani Marysia, pani Iwona a szczególnie pani Stasia. Choć sama chora na cukrzycę, potrafiła nawet trzy razy dziennie odwiedzić naszą podopieczną. A skąd takie zainteresowanie sąsiadów? Pani Krysia kiedyś opiekowała się panią Stasią, gdy ta złamała nogę. Dobro ofiarowane powraca podwójnie! Teraz był czas na rewanż!

I to właśnie mnie zaintrygowało!

Zamykamy się we własnych czterech ścianach, najlepiej przed telewizorem lub komputerem, nie wiedząc nawet, że za ścianą leży drugi człowiek, który potrzebuje naszej pomocy! A czasem wystarczy tylko być, porozmawiać, podać szklankę wody!

Kiedy pytam wolontariuszkę Zosię o swoje wspomnienia, chwilę się zastanawia i z uśmiechem mówi: „Ciocia była mistrzynią w zadawaniu trudnych pytań! Zawsze wybrała taki moment, kiedy nikogo nie było, albo nikt nie słyszał”. A jakie to były pytania?

Czy to już koniec? Czy długo to potrwa? Czy ja już umieram? Zosia starała się nie odpowiadać wymijająco, ale tak, żeby nie odbierać nadziei. Pani Krysia powiedziała w co mają Ją ubrać na ostatnią drogę.

Była osobą zawsze zadbaną. Dlatego bardzo przeżywała swój wygląd podczas choroby, swoje opuchnięte nogi, nie zawsze uczesane włosy itd. to zawsze jest takie trudne dla kobiety!

Zosia dogadzała chorej w miarę możliwości, przynosząc coś, na co właśnie miała Ona ochotę. I tak nasza wolontariuszka biegła z pracy do domu a potem do czekającej pani Krysi np. ze śledzikiem, który był zjadany po kawałeczku, z wielkim pietyzmem, namaszczeniem i trochę ze strachem, czy nie zaszkodzi?! I pomyśleć, że to tylko mały śledzik!

 

Nie możemy zrobić nic wielkiego,

Za to małe rzeczy z wielką miłością.

Matka Teresa z Kalkuty

 

Pani Krysia uczyła tej Miłości. Zosia mówi, że przekazywała Jej matczyną miłość.

Na kilka dni przed śmiercią zaprosiłam Zosię do siebie. Tak po prostu na herbatę
i pogaduszki. Odpowiedziała mi, że pójdzie do Cioci, bo stan się pogorszył. Nie mogłaby siedzieć u mnie wiedząc, że tam jest tak, jak jest. Miałam nadzieję, że pójdziemy razem, ale zaproszenie nie padło. Myślę sobie, zdążę!

Była przytomna i świadoma do końca. Odeszła w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Zdążyłam już tylko na ostatnią Mszę za zmarłą.

 

„Spieszmy się kochać ludzi,

tak szybko odchodzą...”

 

Czy ja tak jak pani Krysia zasłużę na taką opiekę, kiedy jej będę potrzebować?
Czy moje dobro będzie na tyle wystarczające, żeby wróciło do mnie podwójnie?

 

Wasz czasem daleko w tyle

Korespondent hospicyjny

Monika Wężyk

W moim maleńkim domku tyle ciepła jest ...” tak brzmią słowa jednej z piosenek, które przychodzą mi na myśl, kiedy myślami wracam do tej posługi.

Pan Stefan i pani Marysia, dwoje kochających się ludzi, którzy 33 lata temu przysięgali sobie: „...w zdrowiu i w chorobie (...), aż do końca życia.”
Hospicjum było w tym domu przez 9 miesięcy, ostatnich miesięcy. Była to jedna z najtrudniejszych posług.

„Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną,
płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi.”
Łk. 23, 28-29


        Panią Basię (59 lat, nowotwór dróg rodnych) poznałam w czasie interwencji, której udzieliła  doktor Iza. Chora zadzwoniła do Hospicjum z powodu krwotoku a była sama w domu. Lekarz przez najpierw przez telefon udzieliła porady a wracając z Białobrzegów, odwiedziłyśmy naszą podopieczną.
Kiedy do domu wróciła córka chorej, nie weszła do nas do pokoju, żeby zapytać o przyczynę hospicyjnej interwencji, ani o to, jak się czuje Mama! Tak się zaczęła moja znajomość z panią Basią.

        Następnym razem spotkałyśmy się już w Domu Opieki, gdzie chora została oddana przez czwórkę swoich dzieci. Mimo wielu dolegliwości, przyjmowała nas zawsze z humorem. Podczas jednej z wizyt zapytała doktor Izę, czy jest możliwość, aby mogła wrócić do swojego domu na wsi, jak się tylko ociepli. Ta chęć powrotu była bardzo silna. Doktor z wielką ostrożnością odpowiedziała, że będzie to zależało od samopoczucia chorej i od tego, czy będzie tam miała dobrą opiekę.
        Jakie było moje zdziwienie, kiedy po kilku dniach otrzymałam sms od doktor, że stan chorej się pogorszył i że są potrzebne częstsze wizyty wolontariuszy. Odpowiedziałyśmy razem z Moniką na wezwanie, pojawiając się u chorej. Była bardzo zmęczona. Właśnie dostała leki przeciwbólowe. Razem z Moniką zaczekałyśmy na synów pani Basi, chcąc im po raz kolejny powiedzieć, jak się sprawy mają.
Na widok synów chora słabym głosem poprosiła ich żeby usiedli przy niej, że nie chce, bo nie  może jeść: „Dzieci, nie wiem ile jeszcze pożyję, może 2 może 3 dni. Bądźcie tu ze mną”, odpowiedź brzmiała: „Mamo, ty też nas musisz zrozumieć! My pracujemy!”(przepraszam za to, co powiem, ale pomyślałam wówczas: „Pani Basiu, zły czas Pani wybrała na umieranie!”)

        Po takim odzewie, zwróciła się do nas, czy nie mogłybyśmy przyjść o 3-j w nocy, bo od tej godz. jest sama. Mało się nie rozpłakałam! Od 36 godz. nie byłam w domu (szkoła, noc u chorego, praca) i musiałam lecieć jeszcze do mojej chorej Mamy. A może to ja powinnam wziąć urlop zamiast dzieci, których jest aż sześcioro?! Jak się później okazało, nie miał też kto wykupić leków. Stanęło na tym, że Monika wpisała nasze numery do telefonu chorej i miałyśmy przyjechać w razie wezwania.

        Taka potrzeba pojawiła się dosłownie po 2 dniach. Kiedy odebrałam telefon będąc w pracy,w pierwszej chwili nie wiedziałam kto dzwoni. Głos był cichy, proszący. Była sama i potrzebowała wolontariusza. Zostawiłam wszystko, powiedziałam szefostwu, że muszę jechać do umierającej, wsiadłam na rower i... jadąc zastanawiałam się, czy te dreszcze to mam z zimna i czy nie zgubię serca, które miałam na ramieniu! Na miejscu po prostu wlazłam na łóżko i starając się to robić bardzo delikatnie, przesunęłam panią Basię dosłownie o kilkanaście centymetrów dalej od brzegu. Nakarmiłam chorą odrobiną kisielu, powachlowałam, delikatnie pomasowałam obolały, wielki brzuch. Pani Basia była dla mnie bardzo miła. Tego dnia dostałam tyle miłości od Niej i tyle ciepłych słów, że jeszcze teraz na samo wspomnienie gęba mi się śmieje. Chciała mnie po rękach całować, na co nie pozwoliłam, tłumacząc, że mogłaby być moją matką i nadstawiłam tylko policzek. Była mi ogromnie wdzięczna. Zawarłyśmy układ: ja przyjadę jeśli będzie mnie potrzebować, a Ona wyjdzie kiedyś po mnie, gdy będę schodzić z tego świata. Zmieniła mnie po godzinie pielęgniarka Beata, podłączając kroplówkę.

        Hospicjum pomaga rodzinom przy chorym, ale nie zastępuje ich. W obecnych warunkach, kiedy mamy pod opieką 40 chorych, którymi opiekuje się 2 lekarzy, kilka pielęgniarek i kilkunastu wolontariuszy niemedycznych, zapewnienie opieki całodobowej, kiedy jest liczna rodzina i pracownicy Domu Opieki, jest nie możliwa.

        Wielu wolontariuszy tu przychodziło, modlili się, czytali książki. Praktycznie codziennie był Jacek, który mówił: „Pędzę do mojej kochanej pani Basi!”. „Nasi ludzie” przywieźli do chorej Jej brata i ojca, będącego w innym Domu Opieki, z którymi chora nie widziała się od kilku lat. Były łzy wzruszenia, oj były! Zawsze tłumaczyłyśmy chorej, żeby modliła się za swoje dzieci, bo już chyba nic i nikt nie jest w stanie wzruszyć ich serc. Bardzo nad nimi ubolewała. „...płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi”.

        Tego wieczoru już się położyłam. Było dobrze po 22-j. Załamał mnie telefon od Moniki. Pani Basia zadzwoniła do niej, żeby przyjechała na 3-cią w nocy. Teraz ja czekałam na telefon. Szepnęłam do Pana Boga, żeby mnie przytulił (zmęczenie dawało znać o sobie) i dał spokojną noc pani Basi. Zasnęłam.
        Rano tj. w Niedzielę Palmową, dostałam esemesa, że nasza chora odeszła do Pana o 7.50 w otoczeniu swoich dzieci. Nie mogłam sobie poradzić sama ze sobą, wciąż myśląc, że powinnam tam być, że pewnie chciała do mnie zadzwonić, ale po prostu pomyliła „Moniki”. Dopiero rozmowa z drugą Moniką mnie uspokoiła. Tak miało być. Gdybyśmy my się pojawiły, rodzina by się rozjechała jak zwykle,  a tak zostali wszyscy do końca.

Do zobaczenia pani Basiu i proszę pamiętać o umowie!

Ps. Dziękuję mojemu szefostwu za wyrozumiałość! Nie jest łatwo mieć pracownika – wolontariusza.



Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Ty, Panie tyle czasu masz mieszkanie w chmurach i błękicie.
A ja na głowie mnóstwo spraw i na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz, Bo patrzysz na nas z lotu ptaka.
To powiedz, czemu tak mi jest, Że czasem tylko siąść i płakać!
( „Zamiast” E. Geppert)

Jak żyć, gdy samotność tak bardzo boli?
Gdy drzwi zamknięte na zawsze i pukania już nikt nie usłyszy
Gdy pozostały już tylko wspomnienia
Z którymi pogadać się nie da
Jak odnaleźć na nowo sens życia
Żeby Być, żeby Kochać?
A samotność tak bardzo boli!

Kalendarium

<<  Września 2010  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
    1  2  3
  6  8  9101112
13141516171819
20212223242526
27282930