Panią Basię (59 lat, nowotwór dróg rodnych) poznałam w czasie interwencji, której udzieliła doktor Iza. Chora zadzwoniła do Hospicjum z powodu krwotoku a była sama w domu. Lekarz przez najpierw przez telefon udzieliła porady a wracając z Białobrzegów, odwiedziłyśmy naszą podopieczną.
Kiedy do domu wróciła córka chorej, nie weszła do nas do pokoju, żeby zapytać o przyczynę hospicyjnej interwencji, ani o to, jak się czuje Mama! Tak się zaczęła moja znajomość z panią Basią.
Następnym razem spotkałyśmy się już w Domu Opieki, gdzie chora została oddana przez czwórkę swoich dzieci. Mimo wielu dolegliwości, przyjmowała nas zawsze z humorem. Podczas jednej z wizyt zapytała doktor Izę, czy jest możliwość, aby mogła wrócić do swojego domu na wsi, jak się tylko ociepli. Ta chęć powrotu była bardzo silna. Doktor z wielką ostrożnością odpowiedziała, że będzie to zależało od samopoczucia chorej i od tego, czy będzie tam miała dobrą opiekę.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy po kilku dniach otrzymałam sms od doktor, że stan chorej się pogorszył i że są potrzebne częstsze wizyty wolontariuszy. Odpowiedziałyśmy razem z Moniką na wezwanie, pojawiając się u chorej. Była bardzo zmęczona. Właśnie dostała leki przeciwbólowe. Razem z Moniką zaczekałyśmy na synów pani Basi, chcąc im po raz kolejny powiedzieć, jak się sprawy mają.
Na widok synów chora słabym głosem poprosiła ich żeby usiedli przy niej, że nie chce, bo nie może jeść: „Dzieci, nie wiem ile jeszcze pożyję, może 2 może 3 dni. Bądźcie tu ze mną”, odpowiedź brzmiała: „Mamo, ty też nas musisz zrozumieć! My pracujemy!”(przepraszam za to, co powiem, ale pomyślałam wówczas: „Pani Basiu, zły czas Pani wybrała na umieranie!”)
Po takim odzewie, zwróciła się do nas, czy nie mogłybyśmy przyjść o 3-j w nocy, bo od tej godz. jest sama. Mało się nie rozpłakałam! Od 36 godz. nie byłam w domu (szkoła, noc u chorego, praca) i musiałam lecieć jeszcze do mojej chorej Mamy. A może to ja powinnam wziąć urlop zamiast dzieci, których jest aż sześcioro?! Jak się później okazało, nie miał też kto wykupić leków. Stanęło na tym, że Monika wpisała nasze numery do telefonu chorej i miałyśmy przyjechać w razie wezwania.
Taka potrzeba pojawiła się dosłownie po 2 dniach. Kiedy odebrałam telefon będąc w pracy,w pierwszej chwili nie wiedziałam kto dzwoni. Głos był cichy, proszący. Była sama i potrzebowała wolontariusza. Zostawiłam wszystko, powiedziałam szefostwu, że muszę jechać do umierającej, wsiadłam na rower i... jadąc zastanawiałam się, czy te dreszcze to mam z zimna i czy nie zgubię serca, które miałam na ramieniu! Na miejscu po prostu wlazłam na łóżko i starając się to robić bardzo delikatnie, przesunęłam panią Basię dosłownie o kilkanaście centymetrów dalej od brzegu. Nakarmiłam chorą odrobiną kisielu, powachlowałam, delikatnie pomasowałam obolały, wielki brzuch. Pani Basia była dla mnie bardzo miła. Tego dnia dostałam tyle miłości od Niej i tyle ciepłych słów, że jeszcze teraz na samo wspomnienie gęba mi się śmieje. Chciała mnie po rękach całować, na co nie pozwoliłam, tłumacząc, że mogłaby być moją matką i nadstawiłam tylko policzek. Była mi ogromnie wdzięczna. Zawarłyśmy układ: ja przyjadę jeśli będzie mnie potrzebować, a Ona wyjdzie kiedyś po mnie, gdy będę schodzić z tego świata. Zmieniła mnie po godzinie pielęgniarka Beata, podłączając kroplówkę.
Hospicjum pomaga rodzinom przy chorym, ale nie zastępuje ich. W obecnych warunkach, kiedy mamy pod opieką 40 chorych, którymi opiekuje się 2 lekarzy, kilka pielęgniarek i kilkunastu wolontariuszy niemedycznych, zapewnienie opieki całodobowej, kiedy jest liczna rodzina i pracownicy Domu Opieki, jest nie możliwa.
Wielu wolontariuszy tu przychodziło, modlili się, czytali książki. Praktycznie codziennie był Jacek, który mówił: „Pędzę do mojej kochanej pani Basi!”. „Nasi ludzie” przywieźli do chorej Jej brata i ojca, będącego w innym Domu Opieki, z którymi chora nie widziała się od kilku lat. Były łzy wzruszenia, oj były! Zawsze tłumaczyłyśmy chorej, żeby modliła się za swoje dzieci, bo już chyba nic i nikt nie jest w stanie wzruszyć ich serc. Bardzo nad nimi ubolewała. „...płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi”.
Tego wieczoru już się położyłam. Było dobrze po 22-j. Załamał mnie telefon od Moniki. Pani Basia zadzwoniła do niej, żeby przyjechała na 3-cią w nocy. Teraz ja czekałam na telefon. Szepnęłam do Pana Boga, żeby mnie przytulił (zmęczenie dawało znać o sobie) i dał spokojną noc pani Basi. Zasnęłam.
Rano tj. w Niedzielę Palmową, dostałam esemesa, że nasza chora odeszła do Pana o 7.50 w otoczeniu swoich dzieci. Nie mogłam sobie poradzić sama ze sobą, wciąż myśląc, że powinnam tam być, że pewnie chciała do mnie zadzwonić, ale po prostu pomyliła „Moniki”. Dopiero rozmowa z drugą Moniką mnie uspokoiła. Tak miało być. Gdybyśmy my się pojawiły, rodzina by się rozjechała jak zwykle, a tak zostali wszyscy do końca.
Do zobaczenia pani Basiu i proszę pamiętać o umowie!
Ps. Dziękuję mojemu szefostwu za wyrozumiałość! Nie jest łatwo mieć pracownika – wolontariusza.
;







