Pan Stefan i pani Marysia Wyróżniony
Napisane przez Monika W ężyk„W moim maleńkim domku tyle ciepła jest ...” tak brzmią słowa jednej z piosenek, które przychodzą mi na myśl, kiedy myślami wracam do tej posługi.
Pan Stefan i pani Marysia, dwoje kochających się ludzi, którzy 33 lata temu przysięgali sobie: „...w zdrowiu i w chorobie (...), aż do końca życia.”
Muszę Wam powiedzieć, że czasem nawet naszym dzielnym pielęgniarkom robiło się słabo a cóż dopiero nam wolontariuszom niemedycznym przy zmianie opatrunku na twarzy. A rana była ogromna. Nowotwór zjadł połowę twarzy!
I tak oto, co drugi dzień, wolontariusz razem z pielęgniarką w: upale, deszczu, zaspach śnieżnych, w zwykły dzień, czy święto, rowerami, autobusem, prywatnymi samochodami, żółtą karetką (jakbyśmy mieli odrzutowce to też byłyby w użyciu) łącznie ok. 30 osób, jechało poza Radom aby zmienić opatrunek panu Stefanowi. Po drodze odmawialiśmy najczęściej Różaniec, prosząc o wsparcie „Siły Powietrzne” z całym zastępem świętych. Było ciężko, ale pomagało!
Czasem wpadaliśmy niezapowiedziani, czasem ktoś zostawał z chorym, żeby pani Marysia mogła wyjść z domu. Nawet klerycy z Wyższego Seminarium Duchownego odwiedzali razem z nami ten dom. Zawsze była herbata i coś tam jeszcze do niej. Mnie najbardziej podobała się lepka przy piecu. Było tak przyjemnie ciepło, kiedy siadałam tam żeby się rozgrzać.
Ogromną pomocą okazali się sąsiedzi. Każdy jak mógł pomagał! Czy to przyniósł coś do jedzenia, czy zrobił zakupy, czy zwyczajnie i po prostu był! Podczas Mszy Św. odprawionej w tym domu, ks. Marek powiedział, że mają wydeptać ścieżki do tego domu i że w odpowiednim czasie sprawdzi je z satelity! „Rozbrajała” nas 90- letnia sąsiadka, która potrafiła przyjść trzy razy dziennie „bo ksiądz będzie sprawdzał czy jest wydeptana ścieżka”! W ostatnich dniach sąsiadki pomagały podawać leki i niestrudzenie się modliły. Szkoda, że zabrakło najbliższej rodziny tzn. córek.
Nasza doktor Iza, niepozorna, filigranowa osóbka, dzielnie trwała na posterunku przy oczyszczaniu rany. A musiało Ją kosztować to wiele wysiłku i stresu!
Kiedy wyjeżdżał w morze Darek, syn pani Marysi, obiecałam zapłakanej kobiecie, że Jej nie zostawimy. Powiem Wam szczerze, że czasami się denerwuję sama na siebie: „Zawsze coś palnę a potem trzeba się męczyć!”. Pani Marysia bała się zostawać sama na noc z mężem i tak się zaczęły moje nocne dyżury. Jadąc w piątki i niedziele w Wielkim Poście, ofiarowywałam te wizyty jako moją Drogę Krzyżową dla Jezusa cierpiącego w osobie pana Stefana.
Myślicie, że byłam taka odważna? Wcale nie! Po drodze modliłam się sama i prosiłam przyjaciół o wsparcie. Bałam się. Tłumaczyłam sobie jednak, że pani Marysia boi się o wiele bardziej. Mówiła mi często: „Dobrze, że ktoś jest, że w razie czego, można zawołać!”. Noce były tylko czasem przespane. Pani Marysia zawsze pierwsza stawała na równe nogi na wołanie męża. Czasem trochę rozłoszczona, bo zmęczona, starała się mnie nie budzić. Tłumaczyłam, że po to tam właśnie jestem, żeby pomóc! Zresztą i tak spałam bardzo czujnie. A rano jeśli już nie starczyło czasu na kawę, pędziłam do pracy, choć tylko czasami udało mi się wymknąć pani Marysi bez śniadania.
Nie zawsze jednak było tak smutno i strasznie. Raz wchodząc po ciemku do domu, weszłam na psa, który narobił pisku i „capnął” mnie w łydkę. Ja zrobiłam podwójny wrzask (przeprosiliśmy się następnego dnia rano). Nie zapomnę też jednej z wizyt, kiedy chory nie spał prawie całą noc, krzyczał, nie chciał wziąć żadnych leków i był dość agresywny. Czasami był jakby w innym świecie. Wszyscy byliśmy ledwo żywi. Rano poprosił mnie o laskę, którą wymachiwał do nas. Kiedy Mu powiedziałam, że nie mogę jej dać, bo jest agresywny, odpowiedział: „A jest pani pewna, że dostanie rozgrzeszenie, bo nie chce pomóc choremu człowiekowi?!”
Dołączyły do mnie później też inne „nocne” wolontariuszki. Stan chorego systematycznie się pogarszał. Rana zaczęła przechodzić przez nasadę nosa. Pojawiły się przetoki do jamy ustnej. Każda zmiana opatrunku stawała się wyzwaniem dla chorego, rodziny i dla nas. Jak dobrze było słyszeć te Zdrowaśki odmawiane przez naszego Jacka i sąsiadki! Naprawdę czuło się niemal namacalnie wsparcie z góry.
Zaistniała konieczność włączenia do zespołu drugiej pielęgniarki. Pan Stefan już nie wstawał. Pojawiły się odleżyny. Trzeba było zmienić sposób podawania leków, co 6 godzin do tzw. motylka. Byliśmy w ciągłym kontakcie z synem Darkiem, któremu udało się wcześniej wrócić z morza. Musiał przejść szybki kurs pielęgniarstwa i to on przejął część opieki.
Zbliżała się rocznica 88 urodzin chorego 1. V. Mszę Św. przy krzyżu razem z mieszkańcami zaplanowaliśmy na 3. V. po powrocie z rekolekcji w Gietrzwałdzie. Wieść o tym, że pan Stefan odchodzi dotarła do nas podczas ogniska. Od razu zmówiliśmy Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Wszyscy myślami byliśmy w „maleńkim domku”. Poleciliśmy wszystkich Matce Bożej podczas Apelu i w czasie nocnego czuwania przed Najświętszym Sakramentem. Pan Stefan odszedł ok. 3 w nocy z 1 na 2 V. Przeżył swoje urodziny. Była żona, syn, wnuczki i nasi wolontariusze. Msza Św. oczywiście się odbyła, tyle, że nie w intencji rocznicy urodzin a w intencji zmarłego i wszystkich mieszkańców
Jak to powiedział ks. Marek podczas pogrzebu, uczyliśmy się wszyscy przychodząc do tego domu Miłości! Miłości w zdrowiu i w chorobie aż do końca.
Dziękuję Kochani za tą lekcję. Dziękuję za to, że zaprosiliście mnie do „małego domku” i przepraszam za wszystkie moje niedoskonałości i za tą nie podaną laskę. Dziękuję również całej braci wolontariackiej. Zrobiliśmy kawał dobrej roboty!
Monika Wężyk
;







