|
Drogi Jasiu od Twojego odejścia minęły zaledwie trzy tygodnie… Głowa wciąż tak pełna wspomnień – przecież jeździliśmy do Ciebie długo – ponad pół roku. Dobrze pamiętam pierwsze nasze spotkanie. Przywitałeś nas ze swoim młodszym bratem Piotrusiem, mamą Anią i babcią Halinką (tata Krzyś był w pracy) – jak nam ciężko było wtedy uwierzyć, że choroba tak bardzo się rozwinęła, że – możesz niemalże w każdym momencie – umrzeć… Z wyglądu byłeś sprawnym, radosnym chłopcem, takim, jak na zdjęciu stojącym na stole w dużym pokoju – tylko w Twoich ciemnych oczach kryło się coś więcej…
Tego pierwszego dnia zaskoczyłeś nas kilka razy – najpierw, gdy zacząłeś wymieniać wszystkich członków swojej rodziny – drzewo genealogiczne rysowane przez doktor Marysię szybko przestało się mieścić w zeszycie! Później patrzyłyśmy zachwycone, jak pięknie, w skupieniu uczestniczysz we Mszy świętej. Po zakończeniu wizyty zostało w nas przeświadczenie, że jesteś niezwykle mądrym chłopcem, który dobrze zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje z jego organizmem, nawet, jeżeli nie umiałby tego nazwać słowami… Do tej pory zastanawiam się, czy dojrzałość, którą było w Tobie widać, wynikła bardziej z doświadczenia ciężkiej i długiej choroby, czy z przykładu, jaki dawali Ci Twoi cudowni rodzice… Tak, bo o ile podczas pierwszych odwiedzin nasza uwaga była skupiona głównie na Tobie, o tyle z każdą następną wizytą poznawaliśmy lepiej również Twoją rodzinę. W Twoim domu zawsze czuć było wiarę, radość i ogromne ciepło… Witaliście nas z serdecznością, która sprawiała, że czas spędzony u Ciebie tak szybko uciekał – i im dłużej Cię znaliśmy, tym trudniej było nam wyjeżdżać. Tak dobrze rozmawiało się z Twoimi rodzicami, tak radosne chwile zabawy z Tobą i Piotrusiem…
Właśnie – o Piotrusiu też muszę napisać kilka słów. Szybko się okazało, że Twój sześcioletni brat bardzo potrzebuje naszej uwagi – więc graliśmy wspólnie w różne gry, rysowaliśmy, odgrywaliśmy sceny walki, bawiliśmy się piłką… Początkowo Ty także brałeś w tym udział, ale z czasem jakby przestało Cię to interesować, wolałeś ciszę i spokój. Wytworzył się więc taki podział, którego zresztą bardzo ściśle nie przestrzegaliśmy – pani doktor przyjeżdżała bardziej do Ciebie, a ciocie – do Piotrusia. Gdy tylko wchodziłyśmy, Twój brat miał już dla nas przygotowane zajęcie – więc szłyśmy się z nim bawić, a w tym czasie doktor Marysia Cię badała. Muszę też powiedzieć, że Piotruś, mimo tego, że tyle od Ciebie młodszy, odnosił się do Ciebie z dużą delikatnością – i chyba też wiele rozumiał. Także jego wiedza na różne tematy nieraz nas zaskoczyła – zresztą pod tym względem jesteście do siebie bardzo podobni…
I tak mijały kolejne miesiące naszej znajomości… Widzieliśmy, jak powoli się zmieniasz – zewnętrznie, ale bardziej – wewnętrznie – że potrzebujesz coraz więcej ciszy, że coraz więcej czasu spędzasz w swoim własnym świecie. Gdy nadeszły wakacje, wszystko przyspieszyło – zmiany były dobrze widoczne z tygodnia na tydzień… Jeszcze wyjechaliście z rodzicami na parę dni, jeszcze byłeś w Centrum Zdrowia Dziecka… a potem – przestałeś wstawać z łóżka – stałeś się jakby nieobecny… Ostatni raz widziałam Cię we wtorek, 16 sierpnia – prawie dokładnie pół roku od naszego pierwszego spotkania… Pamiętam, że kiedy żegnałam się z Tobą, przemknęła mi przez głowę myśl, że – to może być już – prawdziwe pożegnanie… Przez następne dni dostawałam informacje o Twoim pogarszającym się stanie. 20 sierpnia, w sobotę rano dowiedziałam się, że – jesteś w agonii… Trudno było – być daleko od Ciebie – ale i blisko przecież nie łatwiej… chociaż wszyscy jednoczyliśmy się poprzez modlitwę – ale w obliczu takiego doświadczenia każdy zostaje sam z Bogiem – a Ty – najbardziej – umierałeś niemal 24 godziny, żeby rankiem w niedzielę odejść do Niego na zawsze… Płakałam raz – kiedy dowiedziałam się, jak pięknie pożegnał się z Tobą Twój brat, Piotruś…
A potem, 25 sierpnia, w czwartek był Twój pogrzeb… Przyszło tak wiele osób – ale wśród tłumu jaśniały dwie postacie – Twoi rodzice – Ania i Krzyś… Pewnie dziwiłeś się, czemu wcześniej tak niewiele o nich wspomniałam – ale dopiero w dniu pogrzebu dostrzegłam ich w pełni… Podczas Mszy świętej tak bardzo promieniowała z nich miłość – wzajemna, do Piotrusia, do Ciebie, do Boga… Jak wielka jest ich ofiara – pewnie Ty, z góry, dobrze to widzisz… Gdy wyszliśmy z kościoła, zaczęło lać – jakby całe niebo płakało razem z nami! Jednak burza szybko przeszła – i w serca też wstąpił pokój – i przekonanie, że Ty już jesteś z Bogiem – i radość niemalże! Jeszcze jedna niezwykła scena – kiedy na cmentarzu wszyscy podchodzili do Twoich rodziców – mama Ania tuliła wszystkich płaczących i rozpaczających – a wydawałoby się, że będzie odwrotnie… My – hospicyjna rodzina – zostaliśmy z mamą Anią i tatą Krzysiem do samego końca – i tak dobrze było stać tam razem…
Nadal odwiedzamy czasem Twoich rodziców i Piotrusia… ale – nowi chorzy przychodzą pod naszą opiekę – i z Twoim odejściem coś się skończyło… ale coś się też zaczęło – i będzie już trwać na zawsze…
ciocia Ania („ta chuda”) |