• Kolejna sobota         Umawiam się z doktor Marią na sobotę, ponieważ będzie u naszych chorych dzieci, u których już dawno nie byłam. Jeszcze do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy brać ten dyżur, bo biorąc go, musiałam odłożyć wiele innych spraw na później. No trudno, ludzie ważniejsi.      5:20 pobudka i pedzę do…
  • Pan Tadeusz " Oto jest dzień, który dał nam Pan..."         Na ten właśnie dzień czekaliśmy rok, tzn. od roku czasu snuliśmy plany, jak to zrobić? Choć i tak decyzja ostateczna należy zawsze do Szefa, to musimy być przygotowani na każdą ewentualność.…
  • Cd pani ASI Miłość wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzymaMiłość nigdy nie ustaje.” Rodzinę pani Asi poznałam rok temu. Stało się tak, że zamieszkałam dokładnie naprzeciwko Ich bloku.Niewielu znam ludzi, którzy tak potrafią kochać! Aż miło na Nich patrzeć, bo choć czasem złoszczą się na siebie, to nie mogą bez siebie…
  • Marzenie  "Minuta po minucie czyńcie wszystko dla miłości i stawajcie się świętymi"  Marzenia. Każdy z nas je ma. Jedne ogromne, inne całkiem malutkie. Chciałabym Wam opowiedzieć o kolejnym spełnionym hospicyjnym marzeniu.…

Ludzie hospicjum przychodzą zewsząd i znikąd...

z cudzego zapomnienia, z niepamięci własnych przeżyć,

z pogmatwanego świata.

Krętymi ścieżkami czyjegoś cierpienia

niosą płomyk nadziei, iskierkę radości, blask czuwania...

Ludzie hospicjum miewają chwile zwątpienia

bezmiar ludzkiego bólu przytłacza, smutek pożegnań rani

skłania do ucieczki w nicość...

A potem nastają powroty. Tunelem strachu przed nieznanym,

do ciasnej przestrzeni zaufania,

do rozpływającej się nieskończoności łzy,

do stygnącego ciepła ludzkiej egzystencji.

Ludzie hospicjum nie czują chłodu obecności

w pochyleniu nad odchodzącym bratem

czują oddech wiary we Wszechmogącego.

W torbie życiowych przyzwyczajeń niosą cierpliwość i wyrozumienie

niosą miłość, niosą po prostu siebie...

 

Grażyna Przybylska-Went

Drogi Jasiu PDF Drukuj Email

jas kicior2Drogi Jasiu od Twojego odejścia minęły zaledwie trzy tygodnie… Głowa wciąż tak pełna wspomnień – przecież jeździliśmy do Ciebie długo – ponad pół roku. Dobrze pamiętam pierwsze nasze spotkanie. Przywitałeś nas ze swoim młodszym bratem Piotrusiem, mamą Anią i babcią Halinką (tata Krzyś był w pracy) – jak nam ciężko było wtedy uwierzyć, że choroba tak bardzo się rozwinęła, że – możesz niemalże w każdym momencie – umrzeć… Z wyglądu byłeś sprawnym, radosnym chłopcem, takim, jak na zdjęciu stojącym na stole w dużym pokoju – tylko w Twoich ciemnych oczach kryło się coś więcej…

    Tego pierwszego dnia zaskoczyłeś nas kilka razy – najpierw, gdy zacząłeś wymieniać wszystkich członków swojej rodziny – drzewo genealogiczne rysowane przez doktor Marysię szybko przestało się mieścić w zeszycie! Później patrzyłyśmy zachwycone, jak pięknie, w skupieniu uczestniczysz we Mszy świętej. Po zakończeniu wizyty zostało w nas przeświadczenie, że jesteś niezwykle mądrym chłopcem, który dobrze zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje z jego organizmem, nawet, jeżeli nie umiałby tego nazwać słowami… Do tej pory zastanawiam się, czy dojrzałość, którą było w Tobie widać, wynikła bardziej z doświadczenia ciężkiej i długiej choroby, czy z przykładu, jaki dawali Ci Twoi cudowni rodzice…
    Tak, bo o ile podczas pierwszych odwiedzin nasza uwaga była skupiona głównie na Tobie, o tyle z każdą następną wizytą poznawaliśmy lepiej również Twoją rodzinę. W Twoim domu zawsze czuć było wiarę, radość i ogromne ciepło… Witaliście nas z serdecznością, która sprawiała, że czas spędzony u Ciebie tak szybko uciekał – i im dłużej Cię znaliśmy, tym trudniej było nam wyjeżdżać. Tak dobrze rozmawiało się z Twoimi rodzicami, tak radosne chwile zabawy z Tobą i Piotrusiem…

jas kicior1    Właśnie – o Piotrusiu też muszę napisać kilka słów. Szybko się okazało, że Twój sześcioletni brat bardzo potrzebuje naszej uwagi – więc graliśmy wspólnie w różne gry, rysowaliśmy, odgrywaliśmy sceny walki, bawiliśmy się piłką… Początkowo Ty także brałeś w tym udział, ale z czasem jakby przestało Cię to interesować, wolałeś ciszę i spokój. Wytworzył się więc taki podział, którego zresztą bardzo ściśle nie przestrzegaliśmy – pani doktor przyjeżdżała bardziej do Ciebie, a ciocie – do Piotrusia. Gdy tylko wchodziłyśmy, Twój brat miał już dla nas przygotowane zajęcie – więc szłyśmy się z nim bawić, a w tym czasie doktor Marysia Cię badała. Muszę też powiedzieć, że Piotruś, mimo tego, że tyle od Ciebie młodszy, odnosił się do Ciebie z dużą delikatnością – i chyba też wiele rozumiał. Także jego wiedza na różne tematy nieraz nas zaskoczyła – zresztą pod tym względem jesteście do siebie bardzo podobni…

    I tak mijały kolejne miesiące naszej znajomości… Widzieliśmy, jak powoli się zmieniasz – zewnętrznie, ale bardziej – wewnętrznie – że potrzebujesz coraz więcej ciszy, że coraz więcej czasu spędzasz w swoim własnym świecie. Gdy nadeszły wakacje, wszystko przyspieszyło – zmiany były dobrze widoczne z tygodnia na tydzień… Jeszcze wyjechaliście z rodzicami na parę dni, jeszcze byłeś w Centrum Zdrowia Dziecka… a potem – przestałeś wstawać z łóżka – stałeś się jakby nieobecny… Ostatni raz widziałam Cię we wtorek, 16 sierpnia – prawie dokładnie pół roku od naszego pierwszego spotkania… Pamiętam, że kiedy żegnałam się z Tobą, przemknęła mi przez głowę myśl, że – to może być już – prawdziwe pożegnanie…
    Przez następne dni dostawałam informacje o Twoim pogarszającym się stanie. 20 sierpnia, w sobotę rano dowiedziałam się, że – jesteś w agonii… Trudno było – być daleko od Ciebie – ale i blisko przecież nie łatwiej… chociaż wszyscy jednoczyliśmy się poprzez modlitwę – ale w obliczu takiego doświadczenia każdy zostaje sam z Bogiem – a Ty – najbardziej – umierałeś niemal 24 godziny, żeby rankiem w niedzielę odejść do Niego na zawsze…
    Płakałam raz – kiedy dowiedziałam się, jak pięknie pożegnał się z Tobą Twój brat, Piotruś…

    A potem, 25 sierpnia, w czwartek był Twój pogrzeb… Przyszło tak wiele osób – ale wśród tłumu jaśniały dwie postacie – Twoi rodzice – Ania i Krzyś… Pewnie dziwiłeś się, czemu wcześniej tak niewiele o nich wspomniałam – ale dopiero w dniu pogrzebu dostrzegłam ich w pełni… Podczas Mszy świętej tak bardzo promieniowała z nich miłość – wzajemna, do Piotrusia, do Ciebie, do Boga… Jak wielka jest ich ofiara – pewnie Ty, z góry, dobrze to widzisz… Gdy wyszliśmy z kościoła, zaczęło lać – jakby całe niebo płakało razem z nami! Jednak burza szybko przeszła – i w serca też wstąpił pokój – i przekonanie, że Ty już jesteś z Bogiem – i radość niemalże! Jeszcze jedna niezwykła scena – kiedy na cmentarzu wszyscy podchodzili do Twoich rodziców – mama Ania tuliła wszystkich płaczących i rozpaczających – a wydawałoby się, że będzie odwrotnie… My – hospicyjna rodzina – zostaliśmy z mamą Anią i tatą Krzysiem do samego końca – i tak dobrze było stać tam razem…

    Nadal odwiedzamy czasem Twoich rodziców i Piotrusia… ale – nowi chorzy przychodzą pod naszą opiekę – i z Twoim odejściem coś się skończyło… ale coś się też zaczęło – i będzie już trwać na zawsze…

ciocia Ania
(„ta chuda”)

 

Aby dodać komentarz należy się zalogować.
W tej momencie nie masz uprawnień do wystawienia komentarza.

Alternative flash content

To view this Flash you need Javascript on your browser and updated version of flash player.

Get Adobe Flash player

facebook

Licznik od dnia 02.11.2011

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj105
mod_vvisit_counterWczoraj339
mod_vvisit_counterW tym tygodniu2977
mod_vvisit_counterW poprzednim tygodniu3052
mod_vvisit_counterW tym miesiącu9188
mod_vvisit_counterW poprzednim miesiącu15304
mod_vvisit_counterRazem118788
Copyright © link do domeny     Joomla Templates
Sponsor serwisu - home.pl - domeny, hosting, sklepy