|
Moje życie związało się z Hospicjum Królowej Apostołów 13 kwietnia 2005 r. W tym dniu moja mama zadzwoniła do lekarza prowadzącego, aby poinformować go o swoim złym stanie zdrowia. Lekarz podał jej numer telefonu do pani doktor i powiedział, że ona na pewno postawi ją na nogi. Mama więc tak uczyniła. Po upływie około godziny do domu weszły trzy osoby: dwie panie i jeden pan. Ku mojemu zdziwieniu, kiedy ten pan podszedł, aby przywitać się z moją mamą, zwróciła się do niego: „Proszę księdza”. Do dnia dzisiejszego nie wiem skąd wiedziała, że to ksiądz – nie miał on na sobie sutanny ani koloratki. Mama bardzo się ucieszyła. Powiedziała, że czekała na księdza, jakby się go spodziewała (może Duch Święty przez nią przemawiał). Wraz z księdzem Markiem Kujawskim przyjechały doktor Maria Cygan i wolontariuszka Zofia Brodowska .
Wizyta zaczęła się od wywiadu. Pani doktor zajęła się prześledzeniem historii choroby, ksiądz natomiast wypytywał o różne sprawy dotyczące naszego życia. Dzięki tej rozmowie chciał nas poznać, aby pomóc nam jak najlepiej. Pani doktor zbadała mamę i podała jej kroplówki. Następnie ksiądz zajął się sprawami duchowymi. Ja z tatą (brat i siostra byli w pracy) w tym czasie, kiedy ksiądz spowiadał mamę, wyszliśmy z panią Marysią i Zosią do drugiego pokoju. Pani doktor powiedziała nam, że mama jest już w stanie przedagonalnym i może nie dożyć nawet wieczora. Wiadomość ta spadła jak grom z jasnego nieba. Wiedziałam, że mama jest ciężko chora, ale nie zdawałam sobie sprawy – a może nie chciałam jej sobie zdać – że mama umrze. Mimo tego, że ta informacja była szokiem, została nam przedstawiona w taki sposób, że było nam łatwiej się z tym pogodzić. Najważniejsza teraz była mama, trzeba było jej pomóc żeby nie cierpiała, być z nią i nie rozczulać się przy niej, żeby jej nie utrudniać odejścia. Było to trudne, ale dzięki Hospicjum udało nam się to przetrwać.
Na drugi dzień rano przyjechała pani Zosia oraz pielęgniarka Violetta Piszczek, aby podać mamie kroplówkę. Pani Zosia wciąż siedziała przy mamie, chociaż wszyscy byliśmy w domu. Po południu przyjechał ksiądz Marek, aby odprawić Mszę Świętą. W piątek również przyszła do nas pani Zosia. Bardzo szybko znalazła wspólny język z mamą. Dużo rozmawiały głównie o mnie, ponieważ mama najbardziej bała się mnie zostawić i prosiła panią Zosię żeby po jej śmierci pomagała mi (i tak rzeczywiście jest do dnia dzisiejszego zawsze mogę na nią liczyć). Razem z siostrą, odprowadzając wieczorem panią Zosię na autobus, mogłyśmy z nią porozmawiać. Powiedziała nam dużo ważnych rzeczy, m.in. jak się zachować jeśli mama będzie odchodziła. Późno wieczorem przyjechała jeszcze pani doktor. Widać było, że jest już zmęczona, ale z jej twarzy wciąż nie schodził uśmiech. Miała w sobie dużo ciepła dla mamy jak również dla nas. Mama cieszyła się, widząc ją i czuła się chyba trochę bezpieczniej.
16 kwietnia 2005 r., w sobotę, odeszła nasza mama. Od razu zadzwoniliśmy do księdza i pani doktor. Ksiądz nie mógł do nas przyjechać ponieważ był poza Radomiem. Siostra poszła więc do naszej parafii poprosić księdza, aby przyszedł wesprzeć nas modlitwą i rozmową. Był nam wtedy potrzebny, jednak stanowczo odmówił przyjścia, uzasadniając to tym, że jeśli mama otrzymała sakrament chorych, to ksiądz jest już nie potrzebny. Aż trudno uwierzyć, że ksiądz mógł być tak bezduszny. Po około godzinie, przyjechała do nas na szczęście doktor Marysią wraz z pielęgniarką Violą. Pomogły nam umyć i ubrać mamę. Pani Marysia wypisała akt zgonu. Najbardziej utkwił mi w pamięci moment pożegnania pani doktor z mamą. Podeszła do niej, pocałowała ją w czoło i powiedziała: „Do widzenia pani Krysiu”. Uzmysłowiło mi to, że przecież zobaczymy się kiedyś w Domu Pana.
W poniedziałek przyjechał do nas ksiądz Marek sprawdzić jak się trzymamy po odejściu mamy. Zaproponował nam wyjazd na przełomie kwietnia i maja na rekolekcje hospicyjne do Sanktuarium Maryjnego w Gietrzwałdzie. Powiem szczerze nie miałam ochoty na nie jechać. Zdecydowałam się tylko ze względu na tatę. Myślałam że przebywanie z osobami z Hospicjum będzie wciąż przypominało mi śmierć mamy i będzie to bardzo smutny wyjazd. Pomyliłam się jednak, ponieważ okazało się, że przebywanie wśród nich daje wiele radości.
Podczas tych rekolekcji poznałam innych wolontariuszy m.in. Panią Alę Dutkowską, Basię Falińską i innych. Mimo tej wciąż otwartej rany po stracie mamy potrafiłam się śmiać razem z nimi. Wiedziałam, że nie jestem sama. Oprócz mojej rodziny dostałam nową rodzinę, tę hospicyjną. Wyjazd ten wzmocnił mnie duchowo przecież pojechaliśmy do Domu Matki.
28 sierpnia 2005 r. pojechałam do Francji na kolonie zorganizowane przez księdza Marka. Były z nami też dwie wolontariuszki pani Ala Dutkowska i Jadzia Piszczek. Poznałam tam dzieci, które straciły kogoś bliskiego z rodziny, a także dotknięte chorobą nowotworową. Do dnia dzisiejszego jestem ogromnie wdzięczna księdzu i pani Alince, że mogłam jechać na tą kolonię.
Po pewnym czasie sama zostałam wolontariuszką Hospicjum Królowej Apostołów. Śmierć mojej mamy przyczyniła się do tego. Przez długi czas nie chodziłam do chorych. Pomagałam w różnych pracach związanych z prowadzeniem Hospicjum, np.: sprzątanie, prace w ogrodzie, segregowanie leków, kwestowanie na rzecz Hospicjum oraz pomoc przy organizowaniu różnego rodzaju imprez. Po jakimś czasie nadszedł moment, kiedy byłam gotowa chodzić do chorych. Moja posługa jest inna ponieważ jestem osobą niepełnosprawną (pani doktor Marysia mówi nawet że jestem wolontariuszem do zadań specjalnych). Chodzę głównie do dzieci, choć czasami także do dorosłych. Teraz mogę odwdzięczyć się w pewien sposób za opiekę nad moją mamą.
Hospicjum to moje życie. Tu znalazłam drugi dom, mam wielu przyjaciół, na których mogę zawsze liczyć. Atmosfera w Hospicjum jest bardzo rodzinna. Wspólnie obchodzimy imieniny, urodziny, ważne rocznice, Wigilię. W tym roku pierwszy raz został zorganizowany bal maskowy dla wolontariuszy, ich bliskich oraz rodzin osieroconych. Razem łatwiej jest przetrwać nawet najgorsze chwile w naszym życiu. Podobno cierpienie nadaje życiu sens i tak też było w moim przypadku.
Elżbieta Kwiatkowska |